Znani o sobie

Jan Wieczorkowski

J A N    W I E C Z O R K O W S K I

 

To niesprawiedliwy zawód...

 

niestabilny, ale uprawiamy go, bo go kochamy

 

Zbigniew Zapasiewicz, Marlon Brando, Al Pacino, Robert de Niro, Janusz Gajos, Roman Wilhelmi, Jan Frycz - to oni byli dla Jana Wieczorkowskiego aktorskimi autorytetami. Jego osobowość i wrażliwość kształtowały zaś dźwięki i obrazy. Jak  sam wspomina, ważne wartości przekazali mu dziadkowie i rodzice, ale w tamtych czasach wszystko było mniej skomplikowane. Aktor opowiada m.in. o tym, jak się spełnia jako aktor, co jest dla niego ważne i czy tęskni za rodzinnymi górami.

 

IZA TROJANOWSKA: Prace na planie drugiego sezonu Stulecia Winnych już rozpoczęte? Czego możemy spodziewać się w nowym sezonie?

JAN WIECZORKOWSKI: Zdjęcia rozpoczęły się w sierpniu i potrwają do końca stycznia. Historia będzie kontynuowana od tego samego momentu, w którym zakończył się pierwszy sezon, czyli od września 1939 r. I tak aż do lat 50. XX wieku.  Będzie interesująco, tajemniczo, drastycznie, a momentami zabawnie...

 
 

Świat się bardzo zmienił od tamtej pory, ale nie warto z nim walczyć. Trzeba iść z duchem czasu, poddać się mu, odnaleźć się, zaakceptować.


Lubi Pan historyczne produkcje?

Osobiście wolę współczesne historie, ewentualnie najnowszą historię. No, powiedzmy od stanu wojennego. Lubię historię szpiegowskie, takie jak serial Homeland albo tematykę walki z terroryzmem czy walki z państwem islamskim. Preferuję  współczesnych bohaterów, takich jak Ray Donovan albo bohater serialu Breaking Bad.

 

Postać Waltera White’a i zarazem jego złowrogiego alter ego jest genialnie zbudowana. Breaking Bad to mój ulubiony serial. Ale wracając do odgrywanych przez Pana bohaterów - Staszek Winny ze Stulecia Winnych czy Władek Konarski z Czasu  Honoru? Który bohater jest Panu bliższy? Czego się Pan od nich nauczył?

Nie traktuję tych postaci pomnikowo. Chciałem w nie tchnąć prawdę i nadać cechy zwykłego człowieka, który tylko znalazł się w nienormalnych czasach i musi sobie z tym radzić. Nigdy nie rozumiałem tego, że aktor uczy się czegoś od postaci,  którą gra. Nie mam pojęcia, czego można się nauczyć od granej postaci. Dla mnie wzorem do naśladowania byli wybitni aktorzy, tacy jak Zbigniew Zapasiewicz, Marlon Brando, Al Pacino, Robert de Niro, Janusz Gajos, Roman Wilhelmi czy Jan Frycz.


A co kształtowało Pana osobowość? Urodził się Pan w Rabce-Zdroju, więc może góralskie pochodzenie?

Dziś widzę, że to bardziej dzieciństwo - czas spędzony w pewnym okresie, w określonym otoczeniu i miejscu. Kształtowały mnie dźwięki, obrazy. Poznałem pewne wartości dzięki dziadkom i rodzicom. Ale wtedy było wszystko mniej  skomplikowane, a przynajmniej tak się zdawało... Świat się bardzo zmienił od tamtej pory, ale nie warto z nim walczyć. Trzeba iść z duchem czasu, poddać się mu, odnaleźć się, zaakceptować.


Mówi Pan, że kiedyś było inaczej, łatwiej. Zatem czym różni się dzieciństwo Pana dzieci od Pańskiego? Co było wtedy lepsze?

Doceniam ten czas, jakim jest dzieciństwo. Często myślami wracam do tamtych czasów, ale to dlatego, że mam duszę sentymentalną. Skromne życie, mały natłok informacji, mniej bodźców. Chyba było zdrowiej, cieszyliśmy się drobiazgami. Dziś  dzieci mają za dużo wszystkiego.

 

Może właśnie dlatego wychowywanie jest dzisiaj nie lada wyzwaniem. Dodatkowo to zadanie musi Pan godzić z życiem zawodowym. Mąż i ojciec, a zarazem znany aktor?

Jakoś godzę życie prywatne z aktorskim, choć łatwo nie jest. Staram się po pracy zapominać o niej, choć jest to trudne. No i tęsknota, kiedy się jest poza domem, czasem doskwiera?


Wracając do dzieciństwa - w jednym z wywiadów mówił Pan, że Pana ojciec był narciarzem i trenerem, a także że dzięki niemu uprawiał Pan slalom i slalom gigant jako młodzik, później junior. Zrezygnował Pan jednak z kariery sportowca, bo nie  lubi Pan rywalizacji. A jako aktor nie musi Pan rywalizować? Np. o upragnioną rolę?

Rywalizacja jest wszędzie, tylko w sporcie - kiedy ktoś ostro trenuje i ma talent - to wychodzi na wyżyny, zaczyna odnosić sukces, wygrywa. W moim zawodzie to, że się ma talent i jest się pracowitym, nic nie oznacza. To niesprawiedliwy zawód...  niestabilny, ale uprawiamy go, bo go kochamy, jesteśmy do niego stworzeni. Bo mimo zastojów i niedocenienia przychodzi w końcu nagroda.


Czy tą nagrodą jest także popularność? Jak ją Pan traktuje - jako błogosławieństwo czy przekleństwo?

Popularność ma swoje dobre strony, jeśli się ją tylko dobrze wykorzysta. Gdy się coś przeoczy, może się stać przekleństwem.

 

Należę do osób, które lubią wspominać stare czasy i wracać do nich zarówno myślami, jak i samochodem.



Obecnie mieszka Pan w Warszawie. Czy często wraca Pan w rodzinne strony? Ma Pan ulubione miejsca?

Chciałbym częściej tam wracać, ale nie zawsze jest na to czas. Należę do osób, które lubią wspominać stare czasy i wracać do nich zarówno myślami, jak i samochodem. (śmiech) Góry mają w sobie coś magicznego. Lubię to Podhale, gdzie spędziłem dzieciństwo i młodzieńcze lata, choć zawsze ciągnęło mnie w świat.


A czego można nauczyć się w górach? Co góry mówią o człowieku?

Rzadko bywam w górach, ale tęsknie za nimi. A to pytanie trzeba by zadać jakiemuś himalaiście. (śmiech)


Na koniec chciałabym zapytać, o czym Pan marzy jako aktor?

Żeby wygrać w totka dużo pieniędzy i wyprodukować film od początku do końca. (śmiech)


A jako osoba prywatna?

Żebyśmy z żoną i z dziećmi żyli w zdrowiu długo i szczęśliwie.


I tego Panu życzę. Dziękuję za rozmowę.

Dodaj komentarz

Komentarze