Znani o sobie

Kinga Baranowska

IZA TROJANOWSKA: Pochodzi Pani z Wejherowa, ale to góry, a nie morze skradły Pani serce. Dlaczego? Jak to się stało? Co takiego mają w sobie góry?


KINGA BARANOWSKA: Polubiłam góry od pierwszego wejrzenia. Myślę, że zafascynowało mnie wtedy ich piękno, być może jakiś ledwo wyczuwalny mistycyzm, różnorodność krajobrazu, którego nie znajdowałam nad morzem. To, że można  bardzo aktywnie spędzać w nich czas oraz że możemy to robić razem - w grupie przyjaciół.

 

Ma Pani na myśli wspólną wspinaczkę? Jak w ogóle zaczęła się Pani przygoda ze wspinaniem?

Zaczęło się dość późno, bo dopiero na pierwszym roku studiów. Nie miałam wcześniej możliwości, by wyjechać w góry. Studiowałam geografię na Uniwersytecie Gdańskim i zaliczenie praktyczne z geologii na szczęście miało miejsce w Tatrach, a  nie na Pomorzu. To wtedy zobaczyłam po raz pierwszy Tatry i się absolutnie w nich zakochałam. Najpierw było studenckie koło przewodników górskich i wędrówki po Tatrach wzdłuż i wszerz, a następnie zapisałam się do klubu wysokogórskiego  w Gdańsku i zaczęłam poznawać tajniki wspinaczki.

 

Wspina się Pani bez butli z tlenem. Dlaczego? Jaka jest motywacja stojąca za wyborem takiego, a nie innego stylu zdobywania najwyższych gór świata?

Dla mnie to było coś oczywistego. W klubie wysokogórskim przekazywano nam nie tylko  wiedzę praktyczną dotyczącą wspinania, ale też tę dotyczącą pewnego etosu czy też stylu wspinaczkowego. Rozróżniano turystykę wysokogórską od  wspinaczki. Ważne było, aby wspinać się bez dodatkowego tlenu z butli i bez pomocy Szerpów, aby być samodzielnym wspinaczem - nie tylko w Himalajach, ale też w Tatrach, w Alpach. Wymaga to oczywiście lepszego przygotowania, więcej wysiłku i czasu, ale wyniosłam to z tzw. starej szkoły wspinaczkowej i przyjęłam za swoje.

 

Polubiłam góry od pierwszego wejrzenia. Myślę, że zafascynowało mnie wtedy ich piękno, być może jakiś ledwo wyczuwalny mistycyzm, różnorodność krajobrazu, którego nie znajdowałam nad morzem.


To chyba nieco brawurowe?

Nie chodzi tu absolutnie o brawurę, ryzykowanie swoim zdrowiem, czy jakiś „szpan”; tlen medyczny mam przy sobie zawsze i mogę go użyć, jeśli zajdzie taka potrzeba (na szczęście nigdy tak nie było). Chodzi raczej o pewną filozofię i zasady, że  nie podchodzę do gór „zdobywczo” i komercyjnie (mogę je sobie „kupić”, nie przygotowując się i „kupić” usługę Szerpy i „wymagać”), że uczę się współpracy w górach w zespole kolegów i koleżanek, że nawzajem sobie też pomagamy, gdy zajdzie taka potrzeba, robimy też rzeczy związane z poręczowaniem i przygotowaniem trasy. Za tym stoją więc pewne postawy i wartości, które są mi po prostu bliskie.


Zdobyła Pani 9 z 14 ośmiotysięczników. Która wyprawa była najtrudniejsza i dlaczego?

Chyba najtrudniejsza była dla mnie Kanczendzonga, bo jest to wysoki i trudny ośmiotysięcznik,  bardzo rzadko organizowane są na niego wyprawy. Ja czekałam 5 lat, aby choć jedna osoba/wyprawa chciała tam pojechać i się wspinać. Wchodziłam  oczywiście bez Szerpów i tlenu z butli, razem z moim kolegą - Baskiem. Wokół tego szczytu narosło też sporo legend, jest to święta góra w tamtej okolicy, ale też mawiało się, że jest góra, która nie lubi kobiet. Zapewne wiązało się to również z zaginięciem tam naszej wielkiej polskiej himalaistki - Wandy Rutkiewicz. Postanowiłam zadedykować właśnie Wandzie tę górę, jeśli na niej stanę. Tak też uczyniłam.

 

Chodzi raczej o pewną filozofię i zasady, że nie podchodzę do gór „zdobywczo” i komercyjnie (?), że uczę się współpracy w górach w zespole kolegów i koleżanek, że nawzajem sobie też pomagamy, gdy zajdzie taka potrzeba.


A najłatwiejsza? Co Pani czuła, stając na szczycie, a w zasadzie krok przed szczytem?

Najłatwiejsze chyba było dla mnie Manaslu. Myślę, że wiązało się to z tym, że byłam na tej wyprawie w bardzo dobrej formie. Pamiętam, że stanęłam rano na szczycie i jeszcze tego samego dnia zeszłam na kolację do bazy, czyli jakieś 700 m do  góry i 3500 m na dół, jednego dnia. Swoją drogą uwielbiam takie wyprawy.


Czy właśnie takie wyprawy ma Pani jeszcze w planach na najbliższe lata?

W najbliższym czasie będę głównie skupiać się na wspinaczce w Tatrach, gdyż jest to związane z moimi planami zawodowymi.


Skoro już o Tatrach mowa - jaki stosunek ma Pani do nich? Czy ma Pani ulubione miejsca w Tatrach?

Polskie góry będą zawsze dla mnie szczególne i najważniejsze. Bo stoją za tym konkretne emocje i tu wszystko się zaczęło. Nie mam jednego ulubionego miejsca w Tatrach, jest ich wiele. Chyba teraz odkrywam je na nowo, gdy coraz częściej mieszkam w Zakopanem.

 
 

Ciekawi mnie, czy w kontekście wspinaczki wysokogórskiej ma znaczenie płeć i związana z nią m.in. siła fizyczna.

Myślę, że dużo większe znaczenie niż sama siła fizyczna ma pewien rodzaj wytrwałości (i psychicznej, i fizycznej). A tę obserwuję u wielu kobiet w górach.


Ale fundamentem i tak zawsze jest odpowiednie wyszkolenie?

Tak, dobre przygotowanie to podstawa. Można je uzyskać np. w klubie wysokogórskim od starszych kolegów i koleżanek oraz sprawdzeniu siebie najpierw zimą w Tatrach. Nasze Tatry są naprawdę dobrym poligonem doświadczalnym przed  myśleniem o jakichkolwiek innych górach wyższych.

 

Odchodząc od tematu wspinaczki - czym Pani zajmuje na co dzień?

Jestem trenerem umiejętności miękkich, tak więc zajmuję się szkoleniami. Ponadto jestem w trakcie kilkuletnich studiów podyplomowych przygotowujących do zawodu psychoterapeuty.


Czy w tym aktywnym życiu znajduje Pani czas na relaks? Jak się Pani „resetuje”?

Bardzo lubię spacery i jazdę na rowerze. Myślę, że to jest coś, co mi szybko pozwala „resetować” głowę po intensywnym wysiłku. Lubię też spędzać czas z przyjaciółmi na dobrych rozmowach.


W końcu czas spędzany z najbliższymi jest zawsze najważniejszy.

To, co było dla mnie najważniejsze w życiu, zmieniało się - różne rzeczy były dla mnie ważne. Teraz rzeczywiście myślę, że ważne są dla mnie relacje z innymi ludźmi, z bliskimi, zwracam na nie większą uwagę niż kiedyś.


Zatem życzę Pani jak najwięcej miłych chwil z bliskimi i dobrego 2020 r. Dziękuję za rozmowę.


Dodaj komentarz

Komentarze