Znani o sobie

Staszek Karpiel - Bułecka

S T A S Z E K K A R P I E L - B U Ł E C K A 

Lubię

niestandardowe rzeczy

 

 Najpierw była miłość do freestylowego narciarstwa, potem pojawiła się miłość do muzyki. Dziś Staszek Karpiel-Bułecka najczęściej realizuje się na scenie i mieszka w Warszawie, ale regularnie wraca na stoki i w rodzinne strony. Udało nam się  namówić go na krótką rozmowę o nartach, muzyce, dzieciństwie, rodzinie i planach na przyszłość.

 
 

 

EWA SZUL-SKJOELDKRONA: Pana pierwszą fascynacją były narty, a konkretnie freestyle. Odnosił Pan sukcesy, współtworzył Pan Fiat Big Air - nie tęskni Pan za „deskami”?

 

STASZEK KARPIEL-BUŁECKA: Nie tęsknię, bo wcale się z nimi nie rozstałem. Nadal narty są moją wielką pasją. Teraz więcej radości sprawia mi wyjście na skitoury lub jazda backcountry, ale nadal lubię zahaczyć o dobrze przygotowany snowpark.


Dlaczego akurat freestyle, a nie narciarstwo alpejskie? Czy to kwestia Pana charakteru, któremu bardziej pasowały kreatywne ewolucje niż powtarzalne slalomy?

Dokładnie tak. Lubię niestandardowe rzeczy. Wtedy to była rzadkość, a w Polsce freestyle praktycznie nie istniał. Kiedy zobaczyłem narciarstwo w tej odsłonie, od razu wiedziałem, że to jest coś dla mnie.


A potem pojawiła się muzyka? Skąd pomysł na połączenie elektroniki z góralską nutą? Wszak to dość odległe światy?

Ha! Zawsze pojawia się to pytanie, a ja zawsze odpowiadam tak samo - muzyka góralska to moje korzenie, z tego wyrosłem i nadal czuję tę stylistykę. Ale jest też druga strona - jestem częścią współczesnej cywilizacji, lubię nowoczesne formy,  akcenty. Dla mnie te dwa światy w sposób naturalny łączą się we mnie i taki też jest Future Folk. Lubię takie nieoczywiste połączenia.


Dwóch muzyków o takich samych nazwiskach, pochodzących z jednej rodziny - nie bał się Pan, że po sukcesie Sebastiana i Zakopower będzie Panu trudniej?

W ogóle. Gram inną muzykę, więc oprócz imion (mieszanych skądinąd na wszelkie możliwe sposoby) ciężko coś pomylić. Oczywiście, zdarzają się zabawne sytuacje, np. ktoś mnie pyta, co słychać u Pauliny, która jest żoną Sebastiana, albo pokona  kogoś stopień pokrewieństwa i przez to czasem Sebastian bywa moim bratem, a czasem ojcem.


Z Future Folk nagrał Pan dwie płyty, z Gooralem jedną - która z nich była dla Pana największym wyzwaniem?

Nie potrafię odpowiedzieć jednoznacznie, co było trudniejsze. Na pewno zdecydowanie więcej przyjemności i satysfakcji mam z dorobku własnego zespołu, czyli Future Folk. Mam teraz zdecydowanie większy wpływ na naszą twórczość i znacznie  większą odpowiedzialność. Ale mam też większy wybór, jeśli chodzi o to, co i jak chcę grać.

 
 

Pochodzi Pan z rodziny, w której architektura i muzyka to dwie, często jednocześnie wybierane drogi. Nie chciał być Pan architektem tak jak Pana tata, brat czy stryj Sebastian?

Nieszczególnie ciągnęło mnie do projektowania, o nie! Mimo iż skończyłem słynną zakopiańską „Budowlankę”, a nawet spodobało mi się stolarstwo, to jednak nic nie mogło wygrać wtedy z nartami. Za to muzyka towarzyszyła mi, odkąd się  urodziłem i bez żadnych rewolucji ani wielkich zwrotów w pewnym momencie naturalnie przeniosłem na nią swoją uwagę. Posmakowałem muzykowania na scenie i okazało się, że czuję się w tym dobrze, że ciągnie mnie w tę stronę.


Zakładam, że zarówno narciarstwo na zawodowym poziomie, jak i granie koncertów dla kilkutysięcznej publiczności dają adrenalinowego kopa. Lubi Pan takie silnie emocje? Lubi Pan koncertować? Jak się Pan czuje na scenie? Łapie Pana jeszcze czasem trema?

Lubię uczucie mobilizacji i lekkiego stresu. Takiego, który wyostrza zmysły i ułatwia koncentracje. Właśnie w ten sposób opisałbym tremę. I oczywiście - odczuwam ją przed występami i to bez względu na liczebność widowni. Ale to nie jest  paraliż, który sprawia, że nogi zamieniają się w watę. Co ciekawe, takie odczucia towarzyszyły mi podczas zawodów narciarskich. Miewam je nadal na nartach, w wymagającym terenie. Może wiec trema to tylko jedno z obliczy tej mieszanki? Dla  mnie to jest uczucie pełni życia w ciele; w takich chwilach doskonale słyszę swój oddech i częściej zdaję się na intuicję. To ona podpowiada, kiedy docisnąć, a kiedy zadziałać bardziej asekuracyjnie. Lubię to doświadczenie. Jednocześnie myślę, że  bez możliwości odniesienia się do zwyczajnej codzienności nie umiałbym doceniać tej mobilizacji w szczególny sposób. Tak więc potrzebuję też wygrzać podłogę, układając klocki z synem, polenić się na kanapie, czy wyciągnąć się na leżaku w  słońcu. To chyba kwestia równoważenia silnych emocji, których mam aż nadto. Inaczej bym się szybko wypalił.


Zazwyczaj jest Pan kojarzony jako muzyk, ale też prawdziwy Góral. Prawdziwy Góral, czyli kto? Jakie typowo góralskie cechy szczególnie Pan ceni?

Góral to dla mnie ktoś pochodzący z gór, urodzony w górach. Nie jestem pewien, czy Górale mają jakieś niedostępne innym ludziom cechy. Sam bym powiedział, że jesteśmy dość intensywni, wyraziści w odczuwanych emocjach. Ceni się u nas  piękno w różnych postaciach, stąd pewnie wysoka wrażliwość na sztukę, architekturę i muzykę. Dla mnie na pewno są ważne wrażliwość i otwartość właśnie.


Cepry pewnie wskazałyby kilka typowo góralskich cech i niekoniecznie byłaby to wrażliwość i otwartość? A jednak kultura góralska (podhalańska) ma w sobie coś takiego, że jest lubiana w całej Polsce? Jak Pan myśli, dlaczego?

Szczerze chciałbym wierzyć, że faktycznie wszyscy Polacy kochają naszą kulturę. (śmiech) Ja widzę to tak, że autentyczność zbliża ludzi, może to tak przyciąga? A my prawdziwie lubimy i żyjemy tradycją przodków. Od pokoleń widać ciągłość  zwyczajów, nowości ich nie wypierają. Lubimy nasz strój, ubieramy się w tak zwany region na większość ważnych okazji, od chrzcin, przez wesela, po pogrzeby. W domach - często tradycyjnych drewnianych chałupach lub nowych stylizowanych  na dawne - też widoczne są elementy wystroju charakterystyczne dla Podhala: malowane na szkle obrazy, meble z typowymi zdobieniami i bogatą ornamentyką, kilimy. Nawet słynna parzenica jakimś cudem wylądowała na jeansach. I nie  zapominajmy, że jest u nas nadzwyczaj pięknie. Może inni Polacy czują swego rodzaju dumę, że są częścią kraju, w których coś niezmiennie trwa i ma się dobrze? Może ta lekka inność w mowie i w zwyczajach jest po prostu pociągająca?


Skoro już o pięknie mowa - ma Pan swoje ulubione, ukochane, najpiękniejsze miejsca w Tatrach?

Z gór to nade wszystko Święta Góra, czyli Kasprowy Wierch. Kiedyś wagarowałem tam na nartach, budowaliśmy skocznie... Kawał życia spędziłem na Kasprowym i nadal mi się nie znudził. Teraz też właśnie tam najchętniej wybieram się na  skitoury, zabieram rodzinę na wycieczkę albo idę szybko, treningowo. Zabraliśmy tam synka, kiedy miał zaledwie 2 miesiące. Przespał całą drogę w przyczepce. (śmiech) Kolejne moje miejsce to Gubałówka - snowpark i obecnie zamknięta trasa przez Butorowy Wierch. Spędziłem tu dużo czasu, z podobnych powodów, co na Kasprowym. Na pewno na Gubałówce było łatwiej wagarować, bo miałem bliżej. (śmiech) Ważny jest dla mnie też Centralny Ośrodek Sportu. Chodzę tam na treningi siłowe, odkąd pamiętam. Od czasu do czasu Lubię wypić herbatę u babci na Lipkach, jest u niej przecudny widok na Giewont i atmosfera nie do podrobienia. Każdy to potwierdzi: u Babki to u Babki!

 

Osoba Babki to dobry łącznik dla kolejnego pytania, bo dziadkowie to ważne postaci w dzieciństwie, a właśnie o to chciałam teraz zapytać. Kim chciał być mały Staszek?

Byłem przekonany, że zostanę perkusistą aż do momentu, gdy pewnego dnia w 1996 r. zobaczyłem zawody w narciarstwie freestylowym. Spróbowałem freestylu i wiedziałem, że chcę robić tylko to. Każdą sposobność, każdą wolną chwilę  wykorzystywałem na narty, wszystko było podporządkowane jeżdżeniu. Nie realizowałem żadnego planu kariery, po prostu robiłem coś wspaniałego i chciałem robić to jak najczęściej. 


Czego nauczył się Pan od mamy, a czego od taty?

Rozpoznaję u siebie maminą niecierpliwość. Gdy tylko ułożę jakiś plan, natychmiast chcę go realizować. Już, teraz, zaraz! Z rodziny mamy pochodzi też wielu sportowców, więc może to mama przekazała mi w genach upodobanie do sportu? Relacja z tatą to przede wszystkim możliwość ciągłego obcowania z muzyką i z tego wziąłem najwięcej. Nigdy mnie nie namawiał, nie naciskał na to, żebym muzykował. I właśnie taka nienachalna, a jednak ciągła obecność muzyki w domu do  mnie dotarła.

 

Podobno mieszka Pan w Warszawie i tu wychowuje się pański syn. Tak więc nie będzie miał na co dzień tego góralskiego życia, które Pan miał. Jakie góralskie cechy chciałby mu Pan przekazać, czego chciałby Pan go nauczyć?

Mieszkamy jeszcze w Warszawie, ale już za kilka tygodni finalizujemy wykańczanie domu w Zakopanym i planujemy przeprowadzkę. Syn będzie więc miał możliwość wieść góralskie życie, takie we własnym wydaniu. Chcę, żeby umiał znaleźć  dla siebie szczęście, po swojemu. Żeby potrafił tworzyć budujące relacje z innymi i żeby zwyczajnie był dobrym człowiekiem. Myślę, że to są pewne uniwersalne cechy. Ciężko kogokolwiek ich nauczyć, można co najwyżej pokazywać je na  własnym przykładzie.


Czyli plany mieszkaniowe są jasne. A jakie ma Pan plany zawodowe na najbliższy czas? Kiedy kolejna płyta?

Na wiosnę 2020 r. zaplanowaliśmy z Future Folk wydanie trzeciego albumu. Pracujemy nad tym od dłuższego czasu, jednak zazwyczaj ostatnie szlify angażują najbardziej. Niebawem z przyjemnością zaprezentuję też swój singiel. Do współpracy  przy nim zaprosiłem Tomasza Lacha, szerzej znanego publiczności jako Tomson z zespołu Afromental. To mój pierwszy solowy projekt, który zrodził się z potrzeby rozwoju i urozmaicenia. W grudniu ruszam na Retro Kolędowanie z Anią  Rusowicz. To jest takie kolędowanie, jakiego nie znacie. (śmiech) Najbliższy czas zapowiada się więc bardzo pracowicie, a ja lubię taką intensywność.


Czego zatem życzyć Panu na 2020 r.?

Zdrowia. Pomyślności przy kończeniu projektów rozpoczętych i inspiracji do nowych. Wytrzymałości podczas przeprowadzki. I jeszcze raz zdrowia.


Tego zatem Panu życzę. Dziękuję za rozmowę.

Dodaj komentarz

Komentarze