Znani o sobie

Maria Kowalska-Wania-Sucholewska

Mało brakowało, a wygrałabym

OLIMPIADĘ

 

Maria Kowalska-Wania-Sucholewska, choć na świat przyszła w Zakopanem, nie jest Góralką. Urodzona w 1929 r. zawodniczka była jedną z najlepszych polskich narciarek. Wzięła udział w dwóch olimpiadach, zdobyła 14 mistrzostw i 8 wicemistrzostw Polski w konkurencjach alpejskich, a także jedno ? jak sama mówi, dość przypadkowe ? wicemistrzostwo na biegówkach. Od wielu lat mieszka w Kanadzie, ale często wraca pamięcią do czasów kariery zawodniczej i swoich największych tryumfów, które odnosiła mieszkając w Polsce.

 

 

EWA SZUL-SKJOELDKRONA:

Urodziła się Pani w Zakopanem. Jakie było miasto Pani dzieciństwa? Co Pani najlepiej pamięta?

MARIA KOWALSKA-WANIA- -SUCHOLEWSKA:

Choć urodziłam się w Zakopanem, nie jestem Góralką. Góralami nie byli ani moi rodzice, ani moi dziadkowie. Mieszkaliśmy obok dużej skoczni, która wtedy znajdowała się poza miastem. Dokładny adres mojego domu to było Pod Skocznią 9. Do miasta jeździliśmy rzadko, w zasadzie prawie w ogóle. Dlatego trudno mi mówić o Zakopanem z okresu mojego dzieciństwa. Moje wspomnienia z tego okresu to przede wszystkim tereny koło skoczni. Dobrze pamiętam, że w pobliżu domu była mała, leśna wycinka. Jako dzieci jeździliśmy tam na sankach. Z kolei po drugiej wojnie światowej, kiedy już można było mieć narty, ja też je miałam. Zbierałam gałązki z drzew i układałam je tak, jak bramki slalomu.

No właśnie, kiedy na serio zaczęła się Pani przygoda z narciarstwem?

Jeden z moich wujków, Józef Sitarz, był biegaczem narciarskim w klubie sportowym „Wisła”. To on był tym, który namówił mnie do wstąpienia do klubu. Zaczęłam trenować i to był początek mojej przygody z nartami.

 

Szybko zaczęła Pani osiągać sukcesy. W 1951 r. zdobyła Pani wicemistrzostwo Polski w biegach narciarskich, ale to narciarstwo alpejskie stało się Pani koronną dyscypliną. Dlaczego taki wybór?

Ale ja nie zaczynałam jazdy na nartach od biegów. Zawsze startowałam w slalomie i tylko jeden jedyny raz wzięłam udział w zawodach biegowych, dość przypadkowo uzyskując tak świetny wynik. Po prostu mój klub sportowy zbierał punkty na klubowe zwycięstwo. Namówiono mnie, abym startowała w biegach z nadzieją, że uda mi się te punkty zdobyć. I udało się, bo zajęłam drugie miejsce. Niemniej biegi narciarskie nigdy mnie nie pociągały i pozostałam przy slalomie.

 

Brała Pani udział w dwóch olimpiadach. Która wspomina Pani lepiej i dlaczego?

Brałam udział w olimpiadzie zimowej w Oslo w 1952 roku i w Cortina d’Ampezzo w 1956 roku. Zdecydowanie lepiej wspominam olimpiadę w Cortina d’Ampezzo, ponieważ do tej w Oslo drużyna polska nie była zbyt dobrze przygotowana. Byliśmy wystarczająco silni fizycznie. Mieliśmy poczucie, że mamy szansę znaleźć się w pierwszej dziesiątce. Przed startem w igrzyskach olimpijskich we Włoszech byłam w doskonałej formie. Po pierwszym przejeździe w slalomie uplasowałam się na drugim miejscu. Niestety podczas drugiego przejazdu opuściłam bramkę. Straciłam punkty i szansę na medal. Moje rozczarowanie było tym większe, że tydzień wcześniej pokonałam wszystkie konkurentki w ostatnich przed olimpiadę zawodach.

 

Slalom, slalom gigant, bieg zjazdowy czy kombinacja alpejska - która konkurencja była Pani najbliższa?

Zdecydowanie najbardziej lubiłam slalom i slalom gigant. Za biegiem zjazdowym nie przepadałam; za kombinacją alpejską też, bo jej częścią jest właśnie bieg zjazdowy. Po prostu nigdy nie byłam zwolenniczką wielkiego tempa przy zjeździe na nartach, choć trudno uznać slalom za wolną konkurencję. Mimo wszystko slalom wydawał mi się bezpieczniejszy, ponieważ zjeżdżało się „zakolami”.

 

Jest Pani wielokrotną mistrzynią i wicemistrzynią Polski, niejednokrotnie wygrywała Pani zawody. Wśród tylu tryumfów na pewno jest też taki, który był dla Pani szczególny. Proszę o nim opowiedzieć.


Tak, jest jedno zwycięstwo, które istotnie wspominam szczególnie. Były to zawody w slalomie specjalnym w Grindelwad w Szwajcarii, przed olimpiadą w Cortina d’Ampezzo. Zajęłam tam pierwsze miejsce i był to największy sukces w mojej narciarskiej karierze. To zwycięstwo dało mi wielką nadzieją na podobny sukces na olimpiadzie. Śmieję się, że gdyby olimpiada była tydzień wcześniej, cieszyłabym się z olimpijskiego złota.

 

FOT. ZE ZBIORÓW RODZINNYCH

 
 

Wiele wielkich nazwisk polskich sportów zimowych to osoby z Podhala. Jakie specyficznie góralskie cechy pomagają sportowcowi zostać mistrzem lub mistrzynią?

Istotnie, wiele nazwisk polskich sportów zimowych to Górale z Podhala. W samej mojej rodzinie oprócz mnie są jeszcze trzy osoby, które brały udział w olimpiadach: mój brat, Aleksander Kowalski, jego żona, Maria Kowalska (Gąsienica-Bukowa) oraz - znacznie później - syn mojej ciotki, Adam Krzysztofiak. Ale, jak już wcześniej mówiłam, nie jesteśmy Góralami (jedyną Góralką w rodzinie jest moja bratowa), więc trudno mi wskazać specyficznie góralskie cechy, wpływające na sukces sportowy. Na pewno, aby zostać mistrzem, trzeba mieć predyspozycje fizyczne i psychiczne. Nie każdy to ma; z pewnymi cechami człowiek się po prostu rodzi. Wydaje mi się też, że środowisko kształtuje odpowiednie zainteresowania już od dziecka. Dzieci zawsze ciągnie do zabawy, a wśród tych, które chowają się w górach, naturalna jest zabawa na śniegu, jazda na nartach i sankach. Wszyscy moi kuzyni, którzy wychowywali się ze mną pod skocznią, w mniejszym lub większym stopniu byli związani ze sportami zimowymi.

 

Od wielu lat mieszka Pani w Kanadzie. Czy tęskni Pani za Podhalem i Tatrami?

Mieszkam w Kanadzie od 1967 roku i muszę szczerze powiedzieć, że Kanada stała się moim drugim domem. Niezależnie od tego zawsze chętnie wracam wspomnieniami do lat młodości, a te spędziłam pod reglami. Ze szczególnym rozrzewnieniem wspominam czasy związane z narciarstwem i moje towarzystwo z klubu sportowego. Do dziś mam bliski kontakt z przyjaciółką z tamtych lat, również świetną narciarką, Barbarą Grocholską-Kurkowiak. Jeśli chodzi o Tatry, to często mam przed oczami taki obrazek: koniec zimy na Hali Gąsienicowej, w okolicach Czarnego Stawu są jeszcze płaty śniegu. Idziemy z koleżankami, aby wykorzystać zimę do końca i jeździć na nartach tam, gdzie to jeszcze możliwe.

 

A jakie jest Pani ulubione miejsce w Tatrach? Czy często Pani wraca do Polski?

Mam wiele ulubionych miejsc w Tatrach, wiec trudno je wszystkie wymienić. Ale przyciśnięta do muru, chyba wybrałabym Halę Kondratową, bo stamtąd szłam kilka razy na Giewont i to są te miejsca, do których mam wielki sentyment. Dawniej przyjeżdżałam do Polski częściej, zdarzało się, że nawet co dwa lata, ale teraz z racji wieku nie jest to takie proste. Tym niemniej zatęskniłam za Polską i za Tatrami, i zmobilizowałam się ostatniego lata, aby przyjechać na dwa miesiące. Oczywiście odwiedziłam też Zakopane.

 

Czy kultywuje Pani w Kanadzie tradycje z rodzinnego domu?

Jak najbardziej. To są typowo polskie tradycje, które kultywuję wraz z rodziną mieszkającą w Kanadzie. Świętujemy Wigilię Bożego Narodzenia i samo Boże Narodzenie po polsku, ze świątecznymi potrawami. W Niedzielę Palmową idę z palemką do kościoła, a w Wielką Sobotę ze święconką do polskiego kościoła. Oglądam polską telewizję, czytam polską prasę i oczywiście z rodziną rozmawiam w domu po polsku.

 

Dziękuję za rozmowę 


Dodaj komentarz

Komentarze