Znani o sobie

We wszystko, co robię, WPISANY JEST DIALOG

We wszystko, co robię,

WPISANY JEST DIALOG

Krzysztof Trebunia-Tutka - muzyk, pedagog i architekt - to postać znana nie tylko na Podhalu, ale i na całym świecie. Założyciel i lider zespołu Trebunie-Tutki od lat popularyzuje muzykę, taniec i śpiew Górali z Podhala. Rozmawiamy o muzyce, pracy z młodzieżą, planach i ulubionych miejscach w Tatrach. 

 

EWA SZUL-SKJOELDKRONA:

Panie Krzysztofie, z wykształcenia jest Pan architektem, ale cała Polska zna Pana jako muzyka. Jak udaje się Panu połączyć te dwa zawody?

KRZYSZTOF TREBUNIA-TUTKA:

Od zawsze wiedziałem, że zostanę muzykantem - na skrzypcach chciałem grać, zanim poznałem znaczenie słowa architekt czy zrozumiałem, na czym polega ten zawód. W naszej rodzinie zamiłowanie do muzyki dziedziczy się genetycznie. To zrozumiałe, skoro tradycje muzykowania u Trebuniów-Tutków sięgają ponad 100 lat. Zainteresowanie architekturą i budownictwem regionalnym przyszło później. Jako dziecko z upodobaniem stawiałem domki z desek, piasku czy klocków. Potem wybrałem Technikum Budownictwa Regionalnego w Zakopanem, w końcu Wydział Architektury Politechniki Krakowskiej. Wielu architektów zostaje muzykami. W jakimś sensie są to zawody pokrewne. W obu profesjach najważniejsza jest dla mnie tradycja i inspiracje: tatrzańskie, karpackie, polskie. Aby przetrwały, trzeba je twórczo rozwijać z poszanowaniem starych wzorów. Niestety, organizacyjnie pogodzić je trudno, dlatego projektowanie od kilku lat schodzi na dalszy plan. Muzyka absorbuje mój czas, czego ani trochę nie żałuję. Przynosi mi radość, a często również uznanie i wciąż nowe wyzwania.

Jako muzyk odniósł Pan ogromny sukces. W dużej mierze dzięki Panu muzyka Górali podhalańskich jest znana na całym świecie. W czym upatruje Pan źródeł tego sukcesu?

Chciałbym, aby tak naprawdę było, w końcu pracuję nad tym od 25 lat? (śmiech) Muzyka inspirowana góralszczyzną i współpraca zespołu Trebunie-Tutki z muzykami m.in. z Jamajki, Wielkiej Brytanii czy Gruzji wprowadziły nas na listy World Music Europe. To opiniotwórcze i prestiżowe zestawienia, dzięki którym nasza muzyka jest promowana na całym świecie. Na sukces składają się też nasze koncerty - byliśmy na kilku kontynentach, również w bardzo egzotycznych miejscach. Zainteresowanie i sympatia publiczności, z którymi spotykamy się, grając w Japonii, Indiach, Chinach, Azerbejdżanie czy Emiratach Arabskich, świadczą o nośności tej muzyki. Jesteśmy dowodem na to, że nasza tradycja jest wciąż żywa i przekazywana z pokolenia na pokolenie. Co ciekawe, na rodzimym gruncie wcale nie było łatwo dotrzeć z przekazem do świadomości rodaków. Musieliśmy przecierać szlaki dla muzyki góralskiej, stosując „konia trojańskiego” - roots reggae - a pierwszą płytę wydaliśmy w Londynie, aby zauważono i doceniono nas w Polsce.

 
 

Porozmawiajmy o kolejnym aspekcie Pana pracy, czyli o pracy pedagogicznej. Jest Pan muzykiem, który swoją wiedzę przekazuje innym. Co daje Panu największą satysfakcję w pracy z młodzieżą?

Jak każdego nauczyciela, cieszy mnie rozwój tych najbardziej utalentowanych uczniów. Wielu z tych, z którymi zaczynałem pracę na początku lat dziewięćdziesiątych, to dziś dojrzali muzykanci. Przyprowadzają do mnie swoje dzieci. Ci mniej zdolni, choć nie grają profesjonalnie, grywają dla siebie i dla przyjemności. Wszyscy są znakomitą i aktywną publicznością koncertów, występów, festiwali - to również dobre efekty nauki muzyki. Cieszę się, że moje metody nauki muzyki góralskiej znajdują kontynuatorów, a młodzi instruktorzy i ich uczniowie korzystają z mojego autorskiego podręcznika z zapisem palcowym. Niedługo ukaże się drukiem i będzie mógł służyć następnym pokoleniom.

 

Czy młodzi ludzie są zainteresowani kultywowaniem tradycyjnej kultury Podhala?

Zainteresowanie kulturą góralską ludzi z zewnątrz, które zaczęło się półtora wieku temu i nadal trwa, nobilituje kulturę góralską wśród samych Górali. Jesteśmy dumni z tradycji naszych ojców. Traktujemy ją z powagą, ale też umiemy się nią cieszyć, bawić się nią. Młodzi obserwują te rytuały i zachowania od dziecka, nie tylko na festiwalowych scenach, ale też w domu, w kościele czy podczas świąt państwowych. Kluczowe momenty w życiu każdego człowieka - chrzciny, wesela i pogrzeby - ciągle mają charakter regionalny, a całe rodziny chętnie ubierają się paradnie po góralsku. O te widzialne aspekty tradycji - strój, celebrę, elementy architektury drewnianej - jestem spokojny. Gorzej z poszanowaniem krajobrazu i głębokim zrozumieniem tradycyjnych wartości naszej kultury.

 

Czyli??

Umiłowanie ślebody, czyli wolności, niezależności, decydowania samemu o sobie. To również szacunek do tradycji, do starszych; pracowitość, zaradność, odpowiedzialność, prawdomówność, honor, dystans do świata i do siebie, specyficzne poczucie humoru... Długo by wymieniać. Przypominają mi się moi dziadkowie, prababcia, ludzie, którzy przeżyli głód i wojny, a nigdy nie narzekali na trudy życia, nawet w dramatycznych sytuacjach nie tracili zimnej krwi, do problemów podchodzili z dystansem i humorem. A trzeba zaznaczyć, że prawdziwy góralski humor nie był dosadny ani dosłowny. Dziś to już rzadkość.

 

Jaki jest Pana ulubiony instrument muzyczny i dlaczego?

Najczęściej gram na skrzypcach, ale mam wielki sentyment do wszelkiego rodzaju fujarek i piszczałek, bo to od nich zaczynałem przygodę z muzyką. Lubię też moją rodową kozę podhalańską, odziedziczoną po przodku - najsłynniejszym dudziarzu Stanisławie Budzu-Lepsioku „Mrozie”. To trudna miłość, która przysparza mi najwięcej kłopotów. Koza podhalańska jest instrumentem kapryśnym i trochę nieprzewidywalnym. Jako dziecko uwielbiałem grać na akordeonie, jako nastolatek - na gitarze. Dziś sięgam po te instrumenty tylko przy ognisku. A szkołę muzyczną skończyłem w klasie skrzypiec i trąbki.

 

Ale muzyka góralska to nie tylko gra na instrumencie, ale też taniec i śpiew. Z tych trzech aktywności, która jest Panu najbliższa?

To bardzo trudne pytanie. By dobrze grać góralskie melodie czyli nuty, trzeba je umieć zaśpiewać. Zaś gra na instrumentach służy u nas przede wszystkim do tańca, tak było przed wiekami i tak jest dziś. Szczerze powiem, że choć bardzo lubię śpiewać i grać, to kiedy już się odpowiednio rozgrzeję - muszę zatańczyć!

 

Z zespołem nagrał Pan wiele płyt. Kiedy znowu wejdziecie do studia i co będziecie nagrywać?

Ciągle jeszcze promujemy nasz najnowszy projekt „Duch Gór”, zrealizowany z gruzińskim kwintetem Urmuli z Tbilisi. Od uroczystej premiery na międzynarodowym festiwalu Skrzyżowanie Kultur w Warszawie zagraliśmy wiele wspólnych koncertów i wciąż mamy zaproszenia na kolejne. Prowadzimy też regularną działalność koncertową z innymi programami: nasze Inspiracje, Zakopane Odkopane, koncerty kolędowo-noworoczne czy występy z Twinkle Brothers bardzo mnie absorbują. Przygotowujemy się do kolejnej po Tischnerze płyty z VooVoo Wojtka Waglewskiego. Gramy razem incydentalnie i nowy materiał już zabrzmiał na kilku scenach, ale ciągle nie udaje się nam skoordynować terminów. Czeka też materiał symfoniczny Legenda Tatr, który powstał na potrzeby festiwalu Kolory Polski - moja muzyka we wspaniałej, monumentalnej orkiestracji Bartłomieja Gliniaka. Premiera odbyła się w Filharmonii Łódzkiej z tamtejszą orkiestrą symfoniczną i chórem, kiedy to na jednej scenie znalazło się ponad stu wykonawców!

 

Widzę, że jest Pan bardzo zajętym muzykiem. Czy Pana kalendarz na 2019 r. też jest już zapełniony?

Rok w rok przemierzam Polskę i nie tylko. W styczniu ruszamy w trasę noworoczną, jeszcze w klimacie świątecznym. Zaczynamy w Łodzi i w Studiu Koncertowym Polskiego Radia w Warszawie, potem Lublin i ekumeniczne kolędowanie „Nowy Wschód” w Centrum Spotkania Kultur, dalej Hamburg z naszą zaprzyjaźnioną publicznością. Planujemy cykl koncertów kameralnych i duży projekt na jubileusz Moniuszki, ale to jeszcze tajemnica.

 

Zespół, w którym Pan gra, ma na koncie współpracę z przedstawicielami innych nurtów. Jaka jest - Pana zdaniem - największa wartość łączenia różnych stylów muzycznych?

We wszystko, co robię, co napisałem i jeszcze napiszę, wpisany jest dialog. Kieruję się czytelnym przekaz: wszyscy jesteśmy ludźmi, bez względu na kolor skóry, wyznawaną religię, narodowość... Z zespołem Trebunie-Tutki przenosimy na scenę to, co dzieje się w życiu muzyków, którzy ponad sztucznymi podziałami i barierami porozumiewają się uniwersalnym językiem muzyki, tworzą i inspirują się wzajemnie. Muzyka też na tym zyskuje: pojawiają się nowe ścieżki i kierunki rozwoju, nietypowe rozwiązania harmoniczne, rytmiczne, melodyczne, brzmieniowe. Spotykamy się przy stole, jedząc wegetariańskie dania z Jamajczykami, pijąc gruzińskie wino z przyjaciółmi z Urmuli, częstując oscypkiem kolegów z Voo Voo. Rozmawiamy, żartujemy, śpiewamy - zawsze o miłości, przyjaźni czy rodzinie, które są dla wszystkich tak samo ważne.

 

Z kim chciałby Pan zagrać, gdyby mógł Pan wybrać spośród wszystkich muzyków świata?

Miałem ogromny zaszczyt i szczęście poznać ważnych dla mnie muzyków, m.in. Czesława Niemena (nota bene po latach zaśpiewałem w koncercie- -hołdzie dla niego), grałem na festiwalach, w których brały udział takie gwiazdy światowych scen etno jak Taraf de Haidouks. Bardzo cenię wszechstronność i uniwersalny język muzyczny Stinga, który śpiewa w moich rejestrach. Chętnie zagram mu na skrzypcach i zaśpiewam chórki. Może byłby zainteresowany wspólnym wykonaniem Englishman in New York - mam swoją wersję góralską. Czekam więc tylko na telefon. (śmiech)

 

A z muzyków góralskich kto Pana inspiruje?

Przede wszystkim mój nieżyjący już tata, Władysław Trebunia-Tutka, jeden z najwybitniejszych skrzypków w historii muzyki góralskiej. Również wspomniany pradziadek Stanisław Budz-Lepsiok „Mróz”, najsłynniejszy dudziarz podhalański przełomu XIX i XX wieku. Słucham i podziwiam wybitnych dawnych muzykantów, tych najbardziej twórczych i rozwijających swoim talentem góralską tradycję: Bartusia Obrochty, Karola Stocha-Waki, Andrzeja Knapczyka-Ducha, Stanisława Nędzy-Chotarskiego czy Bronisławy Koniecznej-Dziadońki.

 

Jakiej muzyki słucha Pan w wolnym czasie?

Wolny czas mam tylko w aucie. Słucham wtedy głównie radiowej Dwójki i muzyki klasycznej. Bardzo lubię barok, bo wydaje mi się bliski góralskim podziałom rytmicznym. Słucham też dużo World Music. Nie korzystam ze słuchawek, ale słucham dość cicho, co w dzisiejszych czasach jest ekstrawagancją. Duża dawka jazzu czy rocka szybko męczy moje uszy.

 

Porozmawiajmy chwilę o górach. Ma Pan swoje ulubione miejsca w Tatrach?

To oczywiście moja rodowa hala - Mała Łąka. Pokolenia przodków przenosiły się tam na całe lato, czuję tam ich obecność i przypominam sobie rodzinne historie. Lubię wszystkie tatrzańskie doliny poza sezonem, wtedy doceniam ich spokój i szukam śladów dawnego pasterskiego życia. Szersza publiczność może nie wie, ale jest Pan też poetą. W jaki sposób inspiruje Pana otaczająca przyroda? Z okna widzę góry, są punktem odniesienia i wyobrażeniem nieba. Ten nasz mały „ogródek skalny”, który wiele razy podziwiałem z okien samolotu, ma w sobie magię i pierwotną siłę przyciągania. Znam też ciemną, tajemniczą stronę gór, która kusiła, a w końcu zabrała moich kolegów... Na ścianach mojego domu wiszą panoramy Tatr i górskie scenki rodzajowe autorstwa mojego taty Władysława, nie tylko muzyka, ale też artysty malarza po krakowskiej ASP. To najbliższe sercu widoki, ginący świat dawnego Podhala. Utrwalam go po swojemu, w nutach i śpiewkach, pisząc zgodnie z dawnymi recepturami. Moje wiersze są zazwyczaj zwięzłe, nie więcej niż kilka zwrotek, dwa wersy to zarysowanie krajobrazu, dwa kolejne - emocje i uczucia. Zawsze szczerze i od serca.

 

Za chwilę Boże Narodzenie - jak świętuje je rodzina TrebuniówTutków?

Czy elementem świętowania jest wspólne muzykowanie? Oczywiście! Tak zawsze było w naszym domu rodzinnym i tak jest teraz w moim domu w Zakopanem. Grają moje dorosłe dzieci: Marcin i Ania, gra też najmłodszy Jaś. Członkowie zespołu to również moja najbliższa rodzina - siostra Anna i brat Jan, z którymi przeżywamy Święta Bożego Narodzenia wielokrotnie na każdym z grudniowych koncertów. Mamy swoje rodziny i domy, do których wracamy z wojaży, często w ostatnim przedświątecznym dniu. Kiedyś wszyscy spotykaliśmy się na wieczerzy w rodzinnym domu w Białym Dunajcu, dziś bardzo brakuje nam rodziców i atmosfery naszego domu, zawsze otwartego i gościnnego dzięki naszej mamie. Siadając z rodzinami przy świątecznym stole, wspominamy ich ze wzruszeniem, a potem spotykamy się wszyscy na pasterce.

 

Jakie życzenia na rok 2019 złożyłby Pan czytelnikom naszego magazynu?

Cego by Wom zycyć na te Godnie Święta, Kto dziś kciołby chować owce i jagnięta? Nie dziwne Wom przecie spyrka cy kiełbaska Kogo jesce ciesy bacówka, juhaska? Kto se Mu dziś zagro śpiewke podhalańskom Kto powito śpiewem i gwarom góralskom Kto zachowo zwyki, kiedy nie my - sami Pódźmy do Jezuska, inksi pódom s’nami

 

A czego my możemy życzyć Panu na nowy rok?

Tradycyjnie - zdrowia i szczęścia, więcej wolnego czasu i pięknych koncertów dla ludzi czujących muzykę. Pokoju w sercach i na świecie! 


Zdjęcia: Anita Rysiewska i archiwum rodzinne Krzysztofa Trebuni-Tutki

Dodaj komentarz

Komentarze