Znani o sobie

Tatry są bliskie naszemu sercu

Tatry

SĄ BLISKIE NASZEMU SERCU

 

O inicjatywnie „Czyste Tatry”, miłości do góralszczyzny i Podhala, a także planach rajdowych na najbliższy czas rozmawiamy z Karoliną Sołowow i Rafałem Sonikiem. 

EWA SZUL-SKJOELDKRONA:„Czyste Tatry” to inicjatywa, którą firmujecie swoimi nazwiskami. Skąd pomysł? Naprawdę śmieci to aż tak duży problem w najwyższych polskich górach?

 

RAFAŁ SONIK: Pomysł był wynikiem osobistych doświadczeń. Dużo oboje podróżujemy. Wielokrotnie odwiedzaliśmy i nadal odwiedzamy Alpy, które są chyba najlepszym europejskim przykładem dbałości człowieka o naturalny skarb, którego piękno chcemy pokazywać kolejnym pokoleniom. Dla nas takim skarbem są Tatry. Tymczasem wiele razy, przywożąc zagranicznych gości do naszej „górskiej świątyni”, musieliśmy wstydzić się leżących przy szlakach śmieci. Odpady pozostawiane przez turystów odzierały nasze góry z ogromnej części uroku. Dlatego postanowiliśmy dołączyć do codziennych starań Tatrzańskiego Parku Narodowego i zorganizować wielkie sprzątanie Tatr, które mogłoby się stać projektem cyklicznym, angażującym ludzi z całej Polski.

 
 

KAROLINA SOŁOWOW: Tatry są salonem Polski, a chyba każdy z nas dba, by wprowadzać gości do czystego domu. Zaczynamy więc zmianę od jednego z najbardziej reprezentacyjnych miejsc, by następnie skierować uwagę również na inne „pomieszczenia”, czyli nasze najbliższe otoczenie, pobocza dróg. Za problem śmieci jesteśmy odpowiedzialni indywidualnie. Nie możemy przesuwać odpowiedzialności na bliżej nieokreślone firmy czy instytucje.

 

Jaki cel chcecie osiągnąć?


R.S.: Tak jak powiedziała Karolina, chcemy żeby ludzie dostrzegli potrzebę zmian swoich złych przyzwyczajeń i nawyków. „Czyste Tatry” nie są projektem śmieciarskim. Ich najważniejszym celem jest podnoszenie świadomości i edukacja. Każdy z nas wywiera wpływ na środowisko naturalne i doskonale zdajemy sobie sprawę, jak bardzo potrzebne są zmiany. Zacznijmy więc od podstawowych działań. Zmieńmy nawyki, zadbajmy o przestrzeń wokół siebie i kiedy już uda nam się zmobilizować i wszyscy wykonamy pierwszy krok, będziemy gotowi, żeby podjąć kolejne inicjatywy na rzecz środowiska.

 

K.S.: Niebagatelne znaczenie ma fakt dużego zaangażowania w projekt ze strony mediów oraz ambasadorów - znanych aktorów, piosenkarzy czy sportowców. Dzięki nim wieści o „Czystych Tatrach” idą w świat. Dajemy dobry przykład czy - jak to Rafał zawsze pisze - przyQuad. (śmiech) Dzięki wsparciu rozpoznawalnych osób komunikat nie zawęża się do grona wolontariuszy, którzy idą w góry, a więc są świadomi problemu. Sięgamy dalej i z roku na rok jest nas więcej, a śmieci coraz mniej. Obserwujemy więc rzeczywistą zmianę i bardzo nas to cieszy. 

 

"Czyste Tatry” nie są projektem śmieciarskim. Ich najważniejszym celem jest podnoszenie świadomości i edukacja. "

 

Tatry to tylko jedno pasmo. Przypuszczam, że „śmieciowy” problem może dotyczyć też innych polskich gór. Dlaczego dbałość o środowisko zaczęliście od najwyższych polskich gór?

 

K.S.:  Wybór nie zdziwi chyba nikogo, kto zna Rafała. Zakopane to jego drugi dom od czasów licealnych, a Tatry to dla niego miejsce wyjątkowe. Przyjeżdża tu przed każdym wyjazdem na Dakar. Gdy wychodzi swoim ulubionym szlakiem na Kasprowy, oczyszcza umysł i zyskuje nową perspektywę. Chyba nie zaprzeczy, że nie tylko ten szczyt, ale całe Tatry to dla niego święte miejsce.

 

R.S.: Święte, ale nie tylko ze względu na krajobrazy, które dzięki takim projektom jak „Czyste Tatry” mają pozostać niezmienione, by mogły cieszyć się nimi kolejne pokolenia. Święte przede wszystkim ze względu na ludzi, których tu poznaliśmy i z którymi od wielu lat regularnie spotykamy się w Zakopanem, na Kasprowym Wierchu, czy u Zośki Karpielowej na Lipkach. To ludzie o bardzo mocnym systemie wartości, ukształtowanym przez obcowanie z górami. Byli sportowcy, olimpijczycy, narciarze, taternicy, przewodnicy, ratownicy tatrzańscy - każdy z nich jest kompendium wiedzy o Tatrach, więc można powiedzieć, że „Czyste Tatry” organizujemy również z szacunku dla nich oraz dla ich dzieci i wnuków.

 

Jak oceniacie dotychczasowe edycje? Czy coś się zmienia na lepsze?

 

R.S.: Każda kolejna edycja „Czystych Tatr” bardziej nas cieszy i motywuje, ponieważ obserwujemy zmianę. Do naszej bazy na Górnej Równi Krupowej co roku przybywa coraz więcej wolontariuszy, a to oznacza, że coraz więcej ludzi nie tylko uświadamia sobie problem, ale chce też być częścią zmiany na lepsze. Po drugie zbieramy coraz mniej śmieci, a to oznacza, że u znaczącej części turystów rośnie świadomość.

 

K.S.: Zauważyłam też, że projekt staje się stałym punktem w kalendarzu wielu ludzi - zarówno wolontariuszy, jak i ambasadorów. Przyjeżdżają tu, bo wiedzą, że te dwa dni naładują ich pozytywną energią i dadzą poczucie, że zrobili coś ważnego. Czują, że robiąc coś dla środowiska, robią to również dla siebie. 

 

Co uważacie za największy sukces tej inicjatywy?

 

K.S.: Myślę, że Rafał przed chwilą powiedział o tym, co jest największym sukcesem „Czystych Tatr”: widoczna zmiana na lepsze. Zmiana na szlakach, zmiana w świadomości i w przyzwyczajeniach Polaków. Moim zdaniem ogromnym sukcesem jest również atmosfera, jaka powstała wokół tego wydarzenia. Obojętnie, czy pada deszcz, czy świeci słońce, w pierwszy weekend lipca na Górnej Równi Krupowej zawsze jest wielu ludzi. Spotkania z ludźmi gór, himalaistami, koncerty - to wszystko sprawia, że wracamy do domów pełni wrażeń i zainspirowani do podejmowania działań we własnym otoczeniu.

 

R.S.: Wymieniłbym jeszcze jeden sukces „Czystych Tatr”, którym jest potencjał tego projektu do rozszerzenia na inne rejony Polski. Już dziś współorganizujemy „Czyste Beskidy”, przez kilka lat sprzątaliśmy również bałtyckie plaże w ramach projektu „Czysta Polska od morza do Tatr”. Chcemy, żeby z naszym wsparciem organizacyjnym podobne inicjatywy były podejmowane w całym kraju, nie tylko w górach. Niestety wciąż nie brakuje miejsc, którym śmieci odbierają piękno. I one czekają na nasze działanie.

 
 

Porozmawiajmy teraz o Podhalu. Jakie są Wasze związki z tym regionem?

 

K.S.: W dwóch słowach mogłabym odpowiedzieć: „bardzo mocne”. Nie wynikają one z korzeni rodzinnych, ale naszego osobistego przywiązania. Mówi się, że rodziny się nie wybiera i dlatego tym bardziej powinniśmy dbać o przyjaciół. Ich dobieramy sobie sami. Myślę, że podobnie jest z miejscami. Nie wybieramy miejsca swojego urodzenia, nie decydujemy o tym, gdzie będziemy mieszkać, dopóki nie osiągniemy pełnoletności. Potem jednak możemy już bez problemu wskazać, co jest bliższe naszemu sercu. Dla nas są to właśnie Tatry.

 

R.S.: Górale dzielą ludzi na „pnioki, krzoki i ptoki”. Pniok to ten, który urodził się wyrósł i można powiedzieć tkwi w górach z dziada pradziada. Krzok to ktoś, kto przyjechał w góry, osiedlił się w nich, zapuścił korzenie, ale są one jeszcze wątłe. Ptok to, krótko mówiąc, turysta. My jesteśmy takimi „ptokami”, które wyjątkowo często migrują pomiędzy Krakowem i Tatrami. Przylatujemy tu jak do swojego drugiego gniazda, bez którego nie potrafimy żyć. 

 

Czyli często tu wpadacie?

 

K.S.: Rafał przyjeżdża częściej niż ja, czasem nawet na jeden czy pół dnia, żeby odbyć trening w górach. Razem przyjeżdżamy tu przede wszystkim, żeby spotykać się z ludźmi. To właśnie Rafał wprowadził mnie w świat przyjaciół Kasprowego Wierchu. Jest to zupełnie niezwykły mikrokosmos, który uwielbiam, ponieważ mamy w nim do czynienia z prawdziwym kontaktem z drugim człowiekiem. To nie bezosobowa wymiana wiadomości, ale głębokie spojrzenia w oczy, szczere rozmowy, przyjacielskie docinki. Człowiek dzięki takim spotkaniom zaczyna zwracać większą uwagę na detale, które budują każdy nasz dzień, nasze relacje z innymi. To zawsze niezwykle wartościowy dla obu stron czas.

 

R.S.: Rzeczywiście jestem na Podhalu kilka razy w miesiącu. Staram się zawsze wycisnąć z tych wizyt najwięcej, jak to możliwe. Trening, spotkania zawodowe, spotkania dotyczące naszych zakopiańskich inicjatyw i najprzyjemniejsza część, o której już powiedziała Karolina. To jedne z najpiękniejszych chwil dnia, kiedy przy zachodzącym słońcu przyjeżdżamy w okolice Doliny Strążyskiej, do domu Basi Grocholskiej-Kurkowiak. Siadamy na ganku i nawet nie musimy rozmawiać. Sama współobecność jest bezcenna.

 

"Kasprowy Wierch to miejsce, gdzie mój tata uczył mnie jeździć na nartach, gdzie uciekałem na wagary podczas nauki w liceum, gdzie znalazłem przyjaciół na całe życie. "

 

A jakie jest Wasze ulubione miejsce w Tatrach?

 

R.S.: Dla mnie, i chyba nikogo to nie zdziwi, to zdecydowanie Kasprowy Wierch. Miejsce, gdzie mój tata uczył mnie jeździć na nartach, gdzie uciekałem na wagary podczas nauki w liceum, gdzie znalazłem przyjaciół na całe życie. Tutaj zdobywałem pierwsze szlify jako sportowiec, zacząłem działalność biznesową. Na „Świętej Górze” miały miejsce jedne z najbardziej przełomowych i najważniejszych momentów mojego życia. Tutaj był zawsze prawdziwy start i meta każdego mojego Dakaru. Jest to więc nie tylko moje ulubione, ale również najważniejsze dla mnie miejsce. 

 

Górale to bardzo specyficzna grupa społeczna. W powszechnym mniemaniu charakteryzują ich pewne specyficznie góralskie cechy. Które z nich cenicie najwyżej?

 

R.S.: Mówi się wiele o góralskim uporze i sam nie raz tego doświadczałem. Choć bywa to uciążliwe, bardzo cenię tę cechę, która w połączeniu ze szczerością pozwala na otwarty dialog i szukanie rozwiązań dobrych dla każdej ze stron. Poza tym cenię ludzi, którzy mają mocny kręgosłup, oparty na dobrych wartościach.

 

K.S.: Ja z kolei uwielbiam Górali za ich zamiłowanie do muzyki. Gdziekolwiek spotka się ich dwóch lub trzech, już za chwilę rozbrzmiewa donośny śpiew spod samego serca. To od razu wprowadza zupełnie inną, niepowtarzalną atmosferę. Poza tym mają doskonałe, czasem nieco rubaszne, poczucie humoru, którym potrafią przełamać nawet najtwardsze lody.

 

Kiedy najbardziej lubicie tu przyjeżdżać? Jaka jest Wasza ulubiona pora roku w Tatrach?

 

R.S.: Oczywiście zima. Czas narciarzy. Ale uwielbiam również zimowe wyjścia na Kasprowy, kiedy w pewnym momencie przebijamy sufit chmur, wchodząc wprost w słoneczne promienie, a potem grzejemy się herbatą z cytryną i miodem na tarasie przed stacją kolejki. Najlepsze wspomnienia związane z Tatrami i Podhalem mam właśnie z okresu zimowego.

 

K.S.: Lubię wszystkie pory roku w Tatrach - obserwować stale zmieniający się krajobraz. Latem niesamowite są barwy tatrzańskiej roślinności. W zimowych Tatrach jest z kolei magia i cisza, która aż dzwoni w uszach. Chyba wtedy najbardziej odczuwamy ich dostojeństwo.

 

Porozmawiajmy teraz o rajdach, bo to jest to, z czym kojarzy Was większość ludzi. Jakie macie plany na najbliższe miesiące?

 

R.S.: Oczywiście jedziemy na Dakar, ale tym razem w roli obserwatorów. Po dziesięciu latach startów, siedmiu wywalczonych Pucharach Świata, czterech podiach i zwycięstwie w Dakarze, szukam tylko największych wyzwań. Chcę walczyć o zwycięstwo i nie interesuje mnie przejechanie rajdu. Tymczasem tegoroczny rajd jest krótszy o kilka dni od poprzednich. Zamiast 10 tysięcy, zawodnicy pokonają 5 tysięcy kilometrów w obrębie Peru. W takich zawodach, gdzie wytrzymałość, perfekcyjne przygotowanie sprzętu oraz odporność na zmęczenie i trudne warunki nie odgrywają kluczowej roli, dakarowcom z krwi i kości trudno się odnaleźć. Taktyka jest zupełnie inna. Dlatego moim celem na 2019 rok jest odzyskanie Pucharu Świata. Wystartuję w pełnym cyklu, który tradycyjnie rozpocznie się w kwietniu w Abu Zabi. Na Dakar zaś pojadę obserwować, uczyć się i zdobywać doświadczenia.

 

K.S.: Trzeba podkreślić jeszcze jedną kwestię, o której nie wspomniał Rafał. On zawsze walczy na 110 procent. Zwłaszcza w Dakarze. Po wypadku i złamaniu, którego doznał w ubiegłym roku, nie jest jeszcze w pełni gotowy do rywalizacji. Start w tej sytuacji mógłby oznaczać powrót urazu, a nie miejsce na podium. Ja jeżdżę i samochodem i motocyklem, i muszę przyznać, że jednoślad daje mi znacznie więcej frajdy. Ty zdecydowałeś się na pojazd, który dla mnie jest hybrydą - niby cztery koła, ale pęd wiatru jak na motocyklu.

 

Dlatego muszę o to spytać: dlaczego quady, a nie samochody albo motocykle?

 

K.S.: Powiem za Rafała, ponieważ słyszałam to uzasadnienie już wiele razy. (śmiech) Po prostu quad to współczesny koń. Przodkowie Rafała byli ułanami. W rodzinie są wielkie tradycje jeździeckie, ale Rafał zawsze bał się koni. Dlatego znalazł sobie ich mechaniczny odpowiednik, który tak samo układa się w zakrętach, a „jeździec” ma tę samą postawę i podobnie anglezuje. Quady są też najtrudniejsze do prowadzenia. Kiedy się przewracają, zabierają ze sobą zawodnika. Są niebezpieczne i wymagają ogromnego doświadczenia i umiejętności technicznej jazdy. Quad stanowi wyzwanie, a Rafał bez wyzwań nie potrafi żyć.

 

R.S.: Nic dodać, nic ująć. (śmiech)

 

"Quad to współczesny koń. Przodkowie Rafała byli ułanami. W rodzinie są wielkie tradycje jeździeckie, ale Rafał zawsze bał się koni. Dlatego znalazł sobie ich mechaniczny odpowiednik... "


Który rajd Dakar wspominacie najbardziej i dlaczego?

 

R.S.: Pamiętam doskonale każdy z Dakarów i potrafię przywołać w pamięci każdy etap kolejnych edycji. Oczywiście największe emocje wiążą się z wygranym rajdem w 2015 roku, ale równie mocno zapadły mi w pamięć ten z 2011, czy ten ostatni z 2018, kiedy odniosłem bolesne urazy i nie ukończyłem zmagań.

 

K.S.: Ja najlepiej wspominam ten, w którym Rafał triumfował. Jechałam wówczas z teamem od startu do mety, przygotowując materiały wideo dla naszego zespołu w Polsce, który potem rozsyłał je do mediów. Dla kobiety Dakar to bardzo trudne przeżycie. Jest brud, kurz, pot, niewygody, czasem brak możliwości skorzystania z prysznica czy normalnej toalety. Ale w 2015 roku te wszystkie trudne chwile tylko wzmocniły radość po przyjeździe do Buenos Aires, kiedy wiedzieliśmy już, że Rafał jest zwycięzcą!

 

Quadów w Polsce jest coraz więcej. Jakich rad udzielilibyście osobom, które dopiero zaczynają swoją przygodę z tymi pojazdami? Jak jeździć bezpiecznie dla siebie, dla innych uczestników ruchu i dla środowiska?

 

R.S.: Quad jest pojazdem dopuszczonym do normalnego ruchu drogowego. Musi być tylko zarejestrowany, a prowadząca go osoba musi mieć kask oraz odzież ochronną. One ratują nam życie, więc już od najmłodszych lat uczymy dzieci, że nie można wsiąść na quada bez odpowiedniej ochrony. Co ciekawe, quad stanowi również bardzo dobre narzędzie do nauki jazdy pośród młodszych kierowców. Oczywiście pod okiem i w asyście instruktora, można poznać podstawowe zasady poruszania się pojazdem mechanicznym. Na własnej skórze odczuć, czym jest poślizg czy droga hamowania. Jeśli zaś chodzi o środowisko, to jeździmy tylko w dozwolonych miejscach i po wyznaczonych trasach. Po prostu: „Daj przyQuad, nie niszcz lasu!”

 

K.S.: Nasze dzieci też jeżdżą na quadach i uczą się prowadzić pojazdy jeszcze przed osiągnięciem wieku pozwalającego na zrobienie prawa jazdy. Wiem, że dzięki temu będą kiedyś bardziej odpowiedzialnymi i lepszymi kierowcami, a, jak mówi Rafał, to umiejętność równie ważna co nauka języków obcych.

 

Ostatnie pytanie: jakie jest Wasze największe marzenie związane z rajdami?

 

R.S.: Wielokrotnie już podkreślałem, że chcę pobić Sebastiena Loeba w największej liczbie tytułów mistrzostwa świata, który zdobywał je dziewięciokrotnie. Obecnie mam na koncie siedem Pucharów Świata i walczę o kolejne. Kiedy uda mi się wyprzedzić wielkiego mistrza kierownicy, będą kolejne szczyty do zdobycia. W motosporcie byli zawodnicy, którzy mają po 10, 12, a nawet 24 tytuły mistrzowskie, więc jest na co pracować!

 

K.S.: Nie ukrywam, że mi od lat marzy się start w Dakarze samochodem. Robiliśmy już nawet pierwsze przymiarki i testy w terenie. Od najmłodszych lat wychowałam się, obserwując motoryzacyjną pasję i starty mojego taty, więc też pociąga mnie ta adrenalina. Wiem jednak, że do takiego startu trzeba się bardzo dobrze przygotować i zebrać wiele doświadczeń, więc się nie spieszę.

 

Dziękuję za rozmowę.  

 

Redakcja dziękuje hotelowi Grand Nosalowy Dwór Resort & SPA za możliwość zrealizowania sesji fotograficznej do wywiadu.

 

Dodaj komentarz

Komentarze