Znani o sobie

To nie jest instrukcja obsługi śnieżnych armatek

  „To nie jest instrukcja obsługi śnieżnych armatek
to po prostu zajmująca i ciepła historia”

Dlaczego akurat Podhale, stacja narciarska i kolej krzesełkowa? Jak wygląda praca pisarki w procesie twórczym? O tym, a także o genezie najnowszych powieści z cyklu Śnieżna Grań opowiada w rozmowie z Dominiką Bukład Izabella Frączyk, znana polska beletrystka.

 

Dominika Bukład: Na okoliczność premiery drugiej części cyklu Śnieżna Grań - Pół na Pół nie mogę nie zapytać, skąd wziął się pomysł na taki temat? Stacja narciarska? Tego chyba jeszcze w polskiej literaturze nie było?

Izabella Frączyk: Chyba rzeczywiście nie było. A skąd pomysł? Cóż, pod koniec trwającej rok pracy nad trylogią Stajnia w Pieńkach, gdzie bohaterki bez przerwy borykały się z brakiem pieniędzy, zamarzyło mi się, by moi kolejni bohaterowie nareszcie byli bogaci. (śmiech) Zatem na Śnieżnej Grani mamy rodzinę Stachowiaków. Wprawdzie o pieniądze za bardzo martwić się nie muszą, ale za to życie nieraz nastręcza Loli, Edkowi, Nastce i Anieli kłopotów w życiu prywatnym i w biznesie.

 

Ale dlaczego akurat Podhale i krzesełkowa kolej?

Oczywiście przez przypadek. Pewnego dnia zimowych ferii, kiedy to raptem w ciągu półgodzinnego pobytu na stoku zdarzyło mi się kilka zabawnych historii, mój mąż ze śmiechem rzucił sakramentalne: „musisz to opisać!”. No i opisałam!

 

A cóż się stało?

Wiesz, strój na snowboard to niezły kamuflaż dla kobiety w moim wieku. W kasku, kominiarce i goglach nie widać, czy zawartość ma lat -naście czy -dziesiąt, a że postury jestem dość mikrej, więc non stop brano mnie za nastolatkę. I tak przy jednym wyjeździe wyciągiem pewien pryszczaty młodzian wyraźnie uderzył w konkury. Ale jak na jego pytanie, od ilu lat ujeżdżam parapet, odpowiedziałam mu, że dopiero od niedawna, bo raptem od kilku lat, czyli mniej więcej od trzydziestego ósmego roku życia, chłopak o mało nie spadł z krzesełka. Biedaczysko później przez całą drogę do góry udawał, że rozmawia z kimś przez telefon. Myślałam, że uduszę się ze śmiechu. Przy następnym zjeździe, w kolejce do wyciągu, pewna młoda matka puściła pod moim adresem komentarz na temat „nieogarniętych gówniar”, ale spuściłam na to zasłonę milczenia. Natomiast gdy kwadrans później jakiś instruktor odruchowo wziął mnie pod pachy, żeby pomóc mi wysiąść z kanapy, już nie wytrzymałam. Oboje popłakaliśmy się ze śmiechu. No i w ten sposób „urodziła się” Śnieżna Grań.

 

„Pod koniec trwającej rok pracy nad trylogią Stajnia w Pieńkach , gdzie bohaterki bez przerwy borykały się z brakiem pieniędzy, zamarzyło mi się, by moi kolejni bohaterowie nareszcie byli bogaci.”

 

Niebywałe, ale i zarządzanie stacją narciarską to przecież nie są przelewki, a i w czasie lektury trudno nie oprzeć się wrażeniu, że świetnie się na tym znasz.

Istotnie, to zupełnie inna bajka, ale nie zapominajmy, że w moim życiu mnóstwo czasu spędziłam na stoku. Na początku pobierając nauki i szlifując formę, później ucząc innych, by wreszcie skończyć na stoku jako bezrobotny i wyluzowany turysta. (śmiech) Tak więc ten temat taki całkiem obcy mi nie był. Sporo już wiedziałam z własnego doświadczenia.

 

Nie bądź taka skromna. Wiem, że materiał do Śnieżnej Grani zbierałaś przez kilka sezonów.

Dokładnie przez dwa. Z tym, że najważniejszą kwestią przy zbieraniu jakichkolwiek informacji jest mieć do kogo się zwrócić. Ja miałam. Znajomy kierownik stacji narciarskiej ułatwił mi kontakt z każdym, kogo potrzebowałam wypytać o charakter pracy i związane z tym ciekawostki. Byłam w maszynowni, w sterówce, widziałam, jak działa system kasowo-biletowy, siedziałam na dyżurze z ratownikami TOPR, a w karczmie na stoku liczyłam kurze podudzia. Całe godziny spędziłam na studiowaniu zagadnień związanych z budowaniem kolei linowych oraz z naśnieżaniem i utrzymaniem tras. Przeczytałam chyba wszystko, co jest dostępne w sieci na ten temat. Do tego szczęście mi dopisało, gdyż na własne oczy mogłam zobaczyć ewakuację kolei. No i, co najważniejsze, po znajomości przejechałam się wyciągiem krzesełkowym specjalnie dla mnie puszczonym na pełny gaz. (śmiech)

 

I to wszystko czytelnicy znajdą na kartach Za stare grzechy i Pół na pół?

Nie, nie! Bez obaw. (śmiech) To wszystko przewija się w tle. Cykl Śnieżna Grań to nie jest instrukcja obsługi ratraka czy śnieżnych armatek. To po prostu zajmująca i ciepła historia o życiowych perypetiach ludzi, którzy się tym zajmują.

 

A zatem zapraszamy do lektury.

Zapraszam na Śnieżną Grań z nadzieją, że Stachowiakowie, podobnie jak dziewczyny z Pieniek, również na długo zagoszczą w sercach moich czytelników.

 

Dziękuję za rozmowę.

 

Dodaj komentarz

Komentarze