Znani o sobie

Rozmowa z Mirosławem Łabunowiczem

Sport towarzyszył mu od dziecka, 8 lat jeździł na nartach w klubie WKS Legia Zakopane. Grał też w piłkę w MKS Zakopane, trenował tenisa ziemnego i stołowego. Jego miłością życia stała się jednak kulturystyka. O tym, jak słabość przemienić w siłę, opowiada Mirosław Łabunowicz - mistrz świata 2016 w kulturystyce.

 

Dominika Bukład: Miło Cię widzieć! Na początek pytanie może trywialne, ale fundamentalne. Jak to się wszystko zaczęło? Skąd wzięło się Twoje zamiłowanie do kulturystyki?

Mirosław Łabunowicz: Kulturystyką zaraził mnie kolega, który kładł wszystkich na rękę. Byłem cherlawy, chciałem poprawić swoją sylwetkę i nabrać siły, a do tego w końcu zyskać pewność siebie, której tak bardzo z powodu nieobecności ojca mi brakowało.

Wychowywałeś się bez ojca?

Tak, mój ojciec zostawił naszą rodzinę, gdy ja miałem zaledwie rok. Trudna sytuacja w domu nie pomagała mi później w pokonywaniu przeciwności losu... W szkole byłem zawsze drobny, co prowokowało starszych kolegów do zaczepek i bójek. Ale zacząłem ćwiczyć. Najpierw w piwnicy z cementowymi obciążnikami, bo w tamtych czasach było ciężko o profesjonalny sprzęt. Gryfy były robione z rurek, obciążniki kolejowe służyły natomiast za wyciąg do naszej maszyny. Hantle spawane były z jakichś kół... I tak się kiedyś trenowało. (śmiech)

To wymagało zatem dużego samozaparcia i zaangażowania, ale też pomysłowości! Jak wyglądają takie treningi? Od czego się zaczyna?

Każdy element wymagał odpowiedniego treningu z innym trenerem. Technik siłowych uczył mnie między innymi Jan Węgiera - wielokrotny mistrz świata w trójboju siłowym. Podstawy z zakresu kulturystyki i dietetyki opanowałem natomiast dzięki Piotrowi Głuchowskiemu - mistrzowi świata w kulturystyce. Ale mnie było wciąż mało. (śmiech) Dlatego postanowiłem zrobić czterostopniowy kurs z dietetyki i suplementacji oraz treningu funkcjonalnego, prowadzony przez Jakuba Mauricza, najlepszego szkoleniowca z zakresu dietetyki i jednocześnie redaktora magazynów sportowych, m.in. „Body Challenge”.

Czy to właśnie któryś z wymienionych przez Ciebie trenerów zachęcił Cię do uczestnictwa w mistrzostwach?

Wszystko zaczęło się od Łukasza Kazimierczaka, u którego ukończyłem kurs trenera personalnego. Jest on wielokrotnym mistrzem Polski i mistrzem świata w kulturystyce. To on dał mi wiatr w żagle, zmotywował, namówił mnie, abym wziął udział w mistrzostwach Polski oraz zadeklarował fachową pomoc w przygotowaniach.

A takie przygotowania trwały mniej więcej?

Moje przygotowania do pierwszych zawodów trwały zaledwie 1,5 miesiąca, ponieważ, jak określił Łukasz, wstępnie byłem przygotowany. Moje pierwsze złoto zdobyłem na mistrzostwach Polski w 2014 r., w Żaganiu. Tak się zaczęło. Złapałem bakcyla - głodny startów z roku na rok poprawiałem swoją sylwetkę i zdobywałem kolejne tytuły mistrza Polski.

I pewnie miałeś chrapkę na coś więcej...?

Brakowało tej „wisienki na torcie”. W 2015 roku, po wygranych mistrzostwach Polski, wystartowałem w Warszawie w mistrzostwach świata. Dostałem się do finału, ale ostatecznie zająłem piąte miejsce. Chciałem powalczyć o tytuł mistrza świata... Po roku, na mistrzostwach w Mławie, zdobyłem tytuł wicemistrza Polski. Liczyłem jednak na pierwsze miejsce, zwłaszcza, że moja forma była bardzo dobra.

To co się stało, że nie udało Ci się zdobyć tego tytułu?

Taki był werdykt sędziów. Byłem tak wściekły, że chciałem skończyć ze startami. Właśnie wtedy Łukasz Kazimierczak, który zawsze mnie wspierał, przemówił mi do rozumu. Namawiał, bym pojechał na mistrzostwa świata, bo przecież szkoda wielu lat przygotowań.

Posłuchałeś go?

Długo się nie zastanawiałem, w ciągu trzech tygodni zrobiłem formę życia i na mistrzostwach świata 2016 na Cyprze zdobyłem złoto, ucierając nosa sędziom z Mławy. (śmiech) Zwycięstwo dedykowałem mojemu bratu - Markowi „Mai”- który tragicznie zginął na Szpiglasowej Przełęczy podczas akcji ratunkowej...

Na pewno byłby z Ciebie dumny...

Wiem, że tam z góry patrzył na mnie i cieszył się razem ze mną. Zawsze będzie w naszej pamięci.

Ponoć za każdym sukcesem mężczyzny stoi kobieta. Czy tak było także i w Twoim przypadku?

Absolutnie. U mnie przez całe życie była to mama. Pomagała mi w przygotowaniu posiłków, wspierała i motywowała. Staram się jej odwdzięczyć, teraz, gdy jest schorowana, opiekuję się nią. Dla niej zrobiłem też kurs masażu.

 

"Świat dietetyki, dietoterapii
i branża trenerów bardzo szybko
się rozwijają. Kto nie idzie do przodu,
ten się cofa!
"

 

Czy teraz, spełniwszy już swoje marzenie, czyli zdobycie tytułu mistrza świata, jesteś usatysfakcjonowany i kończysz karierę „z przytupem”?

Jestem usatysfakcjonowany, ale to nie znaczy, że osiadłem na laurach. Natychmiast zabrałem się za realizowanie kolejnych celów. Zrobiłem kurs sędziego sportów sylwetkowych, na bieżąco uczestniczę w kursach, szkoleniach, kongresach organizowanych m.in. przez: Mauricz Center, Medfood, Ajwen Akademię, Barbell Brothers czy Blackroll Polska. Mam na swoim koncie już ponad 40 certyfikatów i na tym nie zamierzam poprzestać. Razem z Łukaszem Kazimierczakiem prowadzę kursy trenerskie i dietetyczne, przygotowuję zawodników do konkursów. Przekazuję innym wiedzę i doświadczenie, które zdobywałem ponad 26 lat. Świat dietetyki, dietoterapii i branża trenerów bardzo szybko się rozwijają. Kto nie idzie do przodu, ten się cofa!

To bardzo trafne słowa. I mają znaczenie uniwersalne - zdaje się, że powinny być mottem nie tylko sportowców! Na zakończenie powiedz, jakie jest teraz Twoje największe marzenie?

Moim marzeniem jest otwarcie takiego klubu fitness pod Tatrami, jakiego jeszcze nie było...

Życzę Ci zatem powodzenia w jego realizacji i dziękuję za rozmowę!

Autor: Dominika Bukład

Dodaj komentarz

Komentarze