Znani o sobie

Izabella Frączyk

„W moim przypadku planowanie nie ma sensu,
a każdą powieść traktuję jak nową przygodę.”

 

Z Izabellą Frączyk spotykamy się w jednej z zakopiańskich kawiarni. Wchodzi energicznym krokiem. Od razu zaczynamy rozmowę i jak zwykle nie możemy się nagadać. Pisarka niedawno dołączyła do zespołu redakcyjnego naszego magazynu. Dziś opowiada, jak powstają jej powieści, co ją naprawdę śmieszy i na czym polega pisanie bez planu.

 

Dominika Bukład: Witam serdecznie w naszym skromnym gronie. Jak się czujesz w nowej roli?

Izabella Frączyk: Doskonale. Pracować z wami to dla mnie wielki zaszczyt i przyjemność. Poza tym kocham nowe wyzwania.


Stawiasz na humor, doskonale to widać w Twoich książkach. Dużo rzeczy w życiu Cię śmieszy?

Mnie śmieszy dosłownie wszystko. Ja po prostu jakoś tak inaczej to wszystko widzę. Kiedyś mój mąż mnie zapytał: „słuchaj, na jakim ty świecie żyjesz? Idziesz sobie ze śmieciami do śmietnika i masz przygodę życia, a normalnie nikt inny tak nie ma!”. (śmiech)


Nie denerwuje Cię określenie „literatura kobieca”?

Wcale, choć wydźwięk tego określenia nie jest zbyt pozytywny, a na rynku panuje obiegowa teoria, że „głupie baby piszą, a jeszcze głupsze to czytają”. (śmiech) Do tego akurat przyznać się nie mogę, bowiem doczekałam się uznania w całkiem sporym męskim gronie. Poza tym literatura nie ma płci. Bo niby o czym świadczyć ma fakt, że książkę napisała kobieta i o kobietach? Czy to oznacza, że napisano jakieś bzdury? Że to coś gorszego? A cóż to jest literatura dla mężczyzn? Ale bez obaw. Obecny rynek czytelniczy coraz wyżej podnosi pisarzom poprzeczkę, zatem jakość tej dobrze notowanej, bestsellerowej literatury popularnej jest ostatnią rzeczą, która powinna spędzać sen z powiek komuś, kto czyta encyklopedię PWN do śniadania.



A pamiętasz jeszcze, co się czuje przy debiucie?

Przerażenie, panikę... Wspominam to jako prawdziwą chwilę grozy. Gdy w dniu premiery zobaczyłam w Googlach dwie strony linków z moim nazwiskiem, pomyślałam sobie: o Matko Święta! Co ja najlepszego narobiłam?! Teraz już tak bardzo nie stresuję się przy premierach, choć zawsze jest to dla mnie duże przeżycie.

 
 
 

Nieraz się zdarzy, że moja bohaterka robi
z siebie kompletną kretynkę. Jak my wszyscy.
Po prostu daję im prawo do popełniania błędów.


A jak wygląda Twój warsztat pracy?

Szczerze mówiąc, wcale nie wygląda. Często dziwi mnie, jakim cudem udaje mi się napisać powieść w warunkach na tyle urągających wszelkim zasadom pracy twórczej, że nie powinnam umieć napisać choćby „dzień dobry”. (śmiech) Czasem odnoszę wrażenie, że pisarz powinien być osobą samotną i bez zobowiązań. Do tego obowiązkowo powinien mieć służbę, intendenta i kucharza. Tymczasem, chcąc pogodzić z pisaniem rolę żony, kury domowej oraz matki Polki, nieraz trzeba się mocno nagimnastykować. U nas zawsze coś się dzieje. Gdy się pracuje w kuchni, naprawdę trudno o chwilę spokoju, więc trzeba się dostosować i jakoś upchnąć pisanie w codziennym grafiku. Na szczęście jestem dobrym organizatorem i jakoś sobie radzę w tym młynie. Acz ostatnią powieść, z konieczności, napisałam w garażu. Siedząc na skrzynce z narzędziami i z notesem na kolanach. (śmiech)



Czy Twoja praca cię cieszy? Zakładam, że lubisz swoje nowe zajęcie.

Z radością zasiadam do komputera. Nieraz śmieję się w głos, a czasem zalewam się łzami. Domownicy już na to nie reagują, tylko mój mąż nie może się czasem nadziwić, jak to jest napisać sobie samemu coś śmiesznego i potem samemu się z tego śmiać.



Obserwując Cię, odnoszę wrażenie, że lubisz uczyć się nowych rzeczy?

Uwielbiam! Nie masz pojęcia, jak wielką frajdę sprawia mi zbieranie informacji do kolejnych książek. Stadnina, Kluby Jeździeckie, Związek Hodowców Koni, strusia ferma, hodowla ptactwa ozdobnego, ferma kur, Państwowa Inspekcja Weterynaryjna, zakład pogrzebowy - to tylko niektóre miejsca, w których musiałam być, by zebrać informacje do serii „Stajnia w Pieńkach”. W temacie przydomowej hodowli drobiu jestem już prawie specjalistką. (śmiech) Obecnie, na potrzeby zupełnie nowej powieści, zgłębiam tajniki zarządzania ośrodkami narciarskimi. Kiedyś myślałam, że praca pisarza jest nudna. Że siedzi sobie taki obłąkany dziad, w amoku tłucze w klawisze i w okolicy straszy się nim dzieci marudzące nad obiadkiem. Tymczasem jeszcze nigdy tak dobrze się nie bawiłam. Pisać, gadać i jeździć samochodem. To jest właśnie to, co w mojej pracy lubię najbardziej.



Lubisz moralizować?

Bynajmniej. Nic z tych rzeczy. A kimże ja jestem, żeby dyktować komuś, jak ma żyć? Nigdy nie planuję fabuły moich książek, zero morałów, zero trucia. Moje bohaterki są zwykłymi kobietami. Nigdy nie są idealne, mają kompleksy, często się mylą, dokonują złych wyborów i nagminnie popełniają błędy. Nieraz się zdarzy, że moja bohaterka robi z siebie kompletną kretynkę. (śmiech) Jak my wszyscy. Po prostu daję im prawo do popełniania błędów. Może właśnie dlatego są tak bliskie nam i po prostu ludzkie.



W zawodzie pisarza osiągnęłaś już całkiem sporo. A co z marzeniami?

Im jestem starsza, tym bardziej staram się mieć realne marzenia i cele. Już odpuściłam sobie, z przyczyn zdrowotnych, robienie licencji na pilotowanie śmigłowca, za to tuż przed czterdziestką nauczyłam się całkiem nieźle jeździć na snowboardzie. Od dziecka marzyłam, żeby zostać mechanikiem samochodowym i teraz już wiem na sto procent, że niewątpliwie minęłam się z powołaniem. Całe dzieciństwo i młodość spędziłam w garażu, a własny warsztat do dziś jest moim niespełnionym marzeniem. Kocham wszystko, co posiada opony. Kocham quady i taplanie się w błocie. Do tego od około dwóch lat niemalże własnoręcznie remontuję blisko czterdziestoletnią corvettę C3 i cały czas się uczę. To mój pierwszy zabytkowy egzemplarz i z pewnością nie ostatni. Kocham pojazdy, do których podchodzi się z kluczami, a nie z laptopem. I dziś już wiem, że - jak zajdzie potrzeba - całym sercem pokocham tę moją nową motoryzacyjną „robotę”.

 
 
 

Kiedyś myślałam, że praca pisarza jest nudna.
Że siedzi sobie taki obłąkany dziad, w amoku tłucze
w klawisze i w okolicy straszy się nim
dzieci marudzące nad obiadkiem.



Skoro już jesteśmy przy tym, co kochasz, to w jaki sposób się relaksujesz?

Obowiązkowo fitness. Oczywiście wyżej wspomniane regularne babranie się w smarze oraz off-roadowe taplanie się quadem w błocie. To moje drugie życie. Przy zabiegach kosmetyczno-upiększających mam mord w oczach, a nic na świecie nie wnerwia mnie bardziej niż muzyka relaksacyjna. (śmiech)



Co czujesz, zaczynając nową powieść?

Nigdy nie piszę według planu, niczego nie notuję, zatem nigdy nie wiem, co napiszę...



Jak to, bez planu?!

No tak. Kiedyś zaplanowałam, że moja bohaterka pojedzie następnego dnia do fryzjera, ale nie przewidziałam tego, że w nocy pójdzie w piżamie do sklepu po wodę i po drodze wpadnie pod samochód. (śmiech) W moim przypadku planowanie nie ma więc sensu, a każdą powieść traktuję jak nową przygodę. Z zapartym tchem śledzę przygody moich bohaterów. Czasem jakaś scena tak mocno mnie wciąga, że wypuszczam powietrze z płuc dopiero wtedy, gdy skończę. To naprawdę fascynujące zajęcie, nigdy nie wiem, co się stanie na następnej stronie.



Czy istnieje coś takiego, czego sama w książkach nie lubisz?

Nie ma na świecie takich rzeczy, które pasowałyby każdemu. Osobiście w książkach nie cierpię przesady, przewidywalności oraz nadmiernej egzaltacji. A długich opisów przyrody i chamskich scen łóżkowych to już na serio żadną miarą nie umiem strawić. (śmiech)

 
 
 

Mój mąż nie może się czasem nadziwić,
jak to jest napisać sobie samemu coś śmiesznego
i potem samemu się z tego śmiać.


Na koniec zapytam, jak się czujesz z tak dużą liczbą bestsellerów na koncie? Jak to jest być kimś, kto napisał aż tyle?

A jak to jest być na przykład szefem kuchni, który ugotował wiele obiadów? Nie wiem dokładnie, ale myślę, że mniej więcej o to chodzi. (śmiech) Natomiast, niezależnie od wszystkiego, rozmiar dorobku nie tylko nobilituje, ale też w jakiś sposób podnosi poprzeczkę. Chcąc być twórcą odpowiedzialnym, trzeba nieustannie dbać o jakość, o oczekiwania odbiorców. Trzeba zaskakiwać, uczyć się, zdobywać co rusz nową wiedzę. Nie wolno obniżyć lotów. To czasem stresuje. Pomimo wielu wydań podchodzę do swojej pracy z pokorą. Mam świadomość, że woda sodowa potrafi szybko uderzyć do głowy i na samym początku kariery, gdy na rynku wychodzi się z cienia, łatwo popełnić błąd. Im mamy większy dorobek, tym bardziej powinniśmy unikać taryfy ulgowej i tym więcej z siebie dawać. Nie ma zmiłuj!



Mniej więcej znam Twoje plany na przyszłość? Uchylisz nam rąbka tajemnicy?

Ależ to żadna tajemnica. W tym roku oddaję w ręce czytelników całą trylogię „Stajnia w Pieńkach” i już w listopadzie będzie można kupić ostatnią jej część - „Jedną nogą w niebie”. Do tego w USA właśnie ukazała się hiszpańska edycja „Końca świata”, już na dniach wydanie po angielsku, a mój amerykański wydawca planuje obcojęzyczne wznowienia kolejnych tytułów. Obecnie wraz z wydawnictwem Prószyński i S-ka intensywnie pracujemy nad podhalańską sagą „Śnieżna Grań”, zatem obiecuję, że w nadchodzącym roku będzie się działo.



Bardzo dziękuję za rozmowę.

Ja również dziękuję i do zobaczenia na łamach Tatra Premium Magazine.


AUTOR: Dominika Bukład

Dodaj komentarz

Komentarze