Turystyka

Wespół w zaspół

Wespół w zaspół

 

W zimowej konkurencji na polu czysto narciarskim Podhale nie ma szans na skuteczną walkę z ośrodkami alpejskimi. Ale dla połowy z czteromilionowej rzeszy narciarzy i snowboardzistów równie ważne są ceny i oferta apr?s-ski. A pod tym  względem Zakopane i okolice wypadają konkurencyjnie. 

 

zdjęcia Adam Brzoza

 

Skromne warunki terenowe i restrykcyjne prawo o ochronie środowiska skutecznie ograniczają turystyczny i narciarski potencjał polskiej części Tatr. Ale pod wieloma względami Podhale stopniowo nadrabia dystans do mniejszych subalpejskich regionów. Dla osób, dla których narty nie są celem samym w sobie, a jedynie uzupełnieniem urlopu (na który składa się obcowanie z folklorem, architekturą, kuchnią i korzystanie z całkiem niezłej oferty atrakcji geotermalnych), Zakopane i okolice  wciąż mogą być letnim i zimowym kierunkiem pierwszego wyboru. 

 
 

 AUTOR

Radosław Omachel: 

dziennikarz działu biznes Newsweek


Czy polscy narciarze liczą każdy grosz?

Z ostatniego badania instytutu IBRIS zamówionego przez Polskie Koleje Linowe wynika, że umiejętność jazdy na nartach deklaruje prawie co trzeci Polak. Blisko co dziesiąty potrafi zjeżdżać na desce. Jakby nie liczyć, to rzesza prawie 15 mln ludzi.  Regularnie jeździ co prawda znacznie mniej, ale i tak licząca 4 mln osób grupa narciarzy i snowboardzistów, którzy systematycznie oddają się swojej pasji, to całkiem pokaźna grupa docelowa, dysponująca budżetem liczonym w miliardach  złotych rocznie. I dwa razy liczniejsza niż jeszcze półtorej dekady temu.

To pokłosie stopniowego bogacenia się społeczeństwa, mody na zdrowy tryb życia i oddawanie się rekreacji. A przecież narty i snowboard nie mają w tym zakresie w okresie zimowym realnej konkurencji. Ze wspomnianego badania wynika, że  przeciętni polscy narciarze wciąż jeszcze liczą każdy grosz, ale są skłonni wydać ok. 2 tys. zł na weekendowy wypad na narty (budżet dla czteroosobowej rodziny). I nawet 10 tys. zł za wygodne, tygodniowe wczasy w górach. To poziomy, które z  powodzeniem pozwalają planować wyjazdy za południową granicę. Ba, biura turystyczne coraz częściej wysyłają amatorów śniegu do konkurencyjnych cenowo regionów narciarskich w Turcji. Niemniej, wciąż połowa rodzimych deskarzy pieniądze  na zimowy urlop zostawia w polskich górach. Przede wszystkich na Podhalu.

 
 

Początki masowej turystyki w Tatrach

Po tym, jak u progu XX w. wybudowano połączenie kolejowe między Chabówką a Zakopanem umożliwiające wygodne połączenia Krakowa z Podhalem, ruszyła pierwsza większa fala turystów. Wtedy, podobnie jak i teraz, przeciwko rozbudowie trasy S7 protestowali okoliczni mieszkańcy. Jedna z legend głosi, że nadzorujący budowę drogi kolejowej inżynier Zeper (lub Ceper) nie rozliczył się należycie z okolicznymi robotnikami, co do dziś pokutuje wśród Górali pogardliwym określeniem ceper dla skąpych gości z równin. Tak czy inaczej, to budowa tej trasy, a potem w latach trzydziestych inwestycja w kolej linową na Kasprowy Wierch (również przy protestach części społeczności lokalnej) zapoczątkowała rozwój masowej  turystyki zimowej pod Tatrami. Kasprowy do dziś pozostaje pod wieloma względami najlepszą górą narciarską w Polsce. Owszem, w Beskidach czy Sudetach są wyraźnie większe ośrodki z bardziej urozmaiconymi trasami, ale tylko Kasprowy  gwarantuje naprawdę wysokogórski klimat i krajobraz. Potencjał tego miejsca nadal pozostaje nie w pełni wykorzystany. W delikatnym balansie między interesem przyrody a zagospodarowaniem narciarskim wyraźny priorytet ma ten pierwszy. I to  się raczej nie zmieni, choć wymiana infrastrukturalnego skansenu z Kotła Goryczkowego na nowocześniejszy wydaje się nieodzowna. Kasprowy z racji unikalnego charakteru, wymagających tras i niskiej dostępności (notoryczne kolejki do kolei  linowej) to oferta dla koneserów i rodzaj wisienki na torcie. Ale w promieniu kilkudziesięciu kilometrów od niego porozrzucanych jest przecież kilkanaście większych i mniejszych stacji narciarskich. I to one decydują o potencjale turystycznym i  biznesowym Podhala w okresie zimowym.


1 skipass, 14 stacji narciarskich

W listopadzie ubiegłego roku doszło do połączenia dwóch regionalnych skipassów narciarskich na Podtatrzu. Góral Skipass i Tatry Ski po fuzji przekształciły się w Tatry Super Ski. Nazwa może trochę na wyrost, ale ten skipass w ostatnim sezonie uprawniał do korzystania z infrastruktury aż 14 stacji narciarskich (Witów, Suche, Białka Tatrzańska z Banią, Kaniówką i Kotelnicą, Czorsztyn, Czarna Góra, Jurgów, Harenda, Polana Szymaszkowa, Zawoja, Szczawnica i słowacki Zdziar). W tym  gronie nie ma na razie Kasprowego z uwagi na ograniczoną przepustowość kolei linowej, ale niewykluczone, że i to się w przyszłym sezonie zmieni. Niewykluczone też, że do porozumienia Tatry Super Ski dołączą także stacje z Małego Cichego i  Bukowiny, które póki co dysponują niekompatybilnym systemem poboru opłat. Podpisanie wspomnianej umowy to znak czasów. W Alpach też kilka dekad temu właściciele stacji albo i poszczególnych wyciągów potrzebowali czasu, żeby  zrozumieć, że nie konkurują z okolicznymi wyciągami, tylko z innymi, często odległymi o setki kilometrów, regionami narciarskimi. Narciarze, grzebiąc w folderach i przymierzając się do rezerwacji miejsc noclegowych, zwracają przecież uwagę także na liczbę wyciągów i dostępnych tras. Ba, dla wielu to najistotniejsze kryterium wyboru miejsca urlopu. Stąd co większe alpejskie doliny pompują liczbę kilometrów tras narciarskich nawet do 600 czy w ekstremalnych przypadkach 1000 km  na jednym karnecie.


Współpraca to przyszłość dla regionu

Zawstydzającymi symbolami epoki dzielącej nas od nastawionych na koordynację, a potem także na kapitałową konsolidację infrastruktury regionów alpejskich czy nawet czeskich, przez lata były pozagradzane stoki. Czy to w Zakopanem, czy w  Beskidach. W Szczyrku, po kuriozalnej polityce właścicieli narciarskich gruntów, pozostało już tylko wspomnienie. W Zakopanem wciąż z niezrozumiałych względów trasy narciarskie na Gubałówce i na Nosalu leżą odłogiem. Stopniowe zacieśnianie współpracy między stacjami narciarskimi jest jednak naturalną odpowiedzią na sytuację rynkową. Po tym, jak rozwinęły się ośrodki w Krynicy, w nową infrastrukturę zbroją się stacje w Beskidach i Sudetach. I Beskidy, i Sudety, i  Krynica oferują w jednym miejscu po 15-25 km tras na jednym karnecie. W ramach Tatry Super Ski narciarze mają dostęp do ok. 90 tras liczących w sumie 48 km. I znów - na papierze to już niezła konkurencja nawet dla co większych słowackich  czy czeskich ośrodków. Tyle, że z oczywistych względów porozrzucane na przestrzeni kilkudziesięciu kilometrów stacje narciarskie to jednak co innego niż jeden zintegrowany ośrodek. Stąd kolejnym krokiem, poza poszerzaniem zasięgu TSS o  kolejne ośrodki, jest poprawa komunikacji między nimi. Tym, co zapewnia przewagę rodzimym ośrodkom nad Słowacją, czy przede wszystkim Alpami, nie są, i raczej nigdy nie będą, warunki czysto narciarskie. Wciąż jednak krajowe stacje biją na  głowę zagraniczne poziomem cen. Nie tylko karnetów, ale i wypożyczalni sprzętu. A przede wszystkim żywności. To, co dodatkowo wyróżnia Podhale, to doskonała baza hotelowa oraz baseny geotermalne. Zapaleni narciarze i snowboardziści, dla których priorytetem są warunki na stokach, tak czy inaczej wybiorą wyższe góry. Ale pozostali, a tych jest większość, zadowolą się potencjałem turystycznym Podhala. Gdyby jeszcze, wzorem budowniczych linii kolejowej z Chabówki do  Zakopanego, także teraz udało się przełamać problemy i doprowadzić do Zakopanego drożną trasę drogową? 

Dodaj komentarz

Komentarze