Sport

Cel: Zimowe Igrzyska w Pekinie

Cel:

Zimowe Igrzyska w Pekinie

 

Apoloniusza Tajnera

nie trzeba przedstawiać nikomu. Były kombinator norweski, trener kadry skoczków, współautor sukcesów Adama Małysza, działacz sportowy, a od 2006 roku szef Polskiego Związku Narciarskiego. W rozmowie z Tatra Premium Magazine opowiada o Góralach, odpowiada na pytanie o swój największy zawodowy sukces i kreśli cele na ostatnią kadencję w fotelu prezesa PZN.

 

Ewa Szul-Skjoeldkrona: Zacznijmy od Pana ulubionego miejsca na Podhalu?  


Apoloniusz Tajner: Mam, oczywiście! To nieistniejący już hotel Pepis Centralnego Ośrodka Sportu czy również zlikwidowany internat sportowy Imperial. Mieliśmy wszystko na miejscu, do obiektów blisko, do skoczni też?


To może inaczej zadam pytanie: czy lubi Pan być na Podhalu? Czy lubi Pan wycieczki piesze, a może rowerowe?

No nie, rowerem to akurat nie lubię jeździć i szczerze mówiąc, nie wiem dlaczego. Z kolei wycieczki piesze kojarzą mi się przede wszystkim z treningami - całe góry obiegłem najpierw jako zawodnik, a potem jako młody trener. Teraz nie mam czasu na takie aktywności, choć czasem chciałbym.

 

No właśnie, dużo czasu spędził Pan nie tylko w górach, ale też i z Góralami. Czy jest coś, za co szczególnie Pan ich ceni? A może wręcz przeciwnie, może mają w sobie cechy, które Panu przeszkadzają?

Mam bardzo dużo doświadczeń ze sportowcami pochodzącymi z Podhala, zarówno z Zakopanego, jak i z okolicznych wiosek - to byli moi koledzy, gdy sam byłem zawodnikiem, a potem podopieczni w kadrze kombinatorów norweskich i wreszcie skoczków. Z tego względu charakterystykę Górali Podhalańskich znam bardzo dobrze. Tym bardziej, że sam mieszkałem w Zakopanem i trochę nimi „przesiąknąłem”.

Za co ich cenię? Ja po prostu bardzo tych ludzi lubię. To jest zupełnie inna mentalność niż np. Górali Beskidzkich, skąd ja pochodzę. Mają w sobie dużo zawziętości, zażartości i zadziorności, co bardzo przydaje się w sporcie. Każde narciarstwo - i biegowe, i zjazdowe, i skoki - wymaga pewnych predyspozycji, twardości charakteru. To są długotrwałe, codzienne, mułowate, ciężkie treningi, powtarzane latami, żeby dojść do dobrego poziomu. Górale mają w sobie bezkompromisowość i sportową złość, która pomaga wygrywać. Tego brakuje zawodnikom z innych regionów Polski.

Lubię też gwarę i zwyczaje, a nawet tę gorącą góralską głowę, która czasem prowadzi do szybkich i nieprzemyślanych reakcji, nieadekwatnych do sytuacji. 


Mieszkając przez długi czas w Zakopanem, na pewno często jadał Pan typowe potrawy regionalne. Lubi Pan podhalańską kuchnię?

O tak! Przede wszystkim wszelkiego rodzaju wyroby swojskie: jagnięce kiełbasy, ale też podhalańskie kaszanki, oczywiście kwaśnicę, oscypek, zasmażaną kapustę?. Kiedyś częściej się tym raczyłem, gdy było to bardziej naturalne, niestety dziś te produkty się uprzemysłowiły. 

 

Myślę, że osób, które lubią tę kuchnię, jest więcej. Być może to jeden z powodów, dla których co roku miliony turystów odwiedzają nasze najwyższe góry. Jak Pan myśli, z czego wynika aż tak wielka popularność Tatr i Zakopanego?

Nie wiem? i muszę powiedzieć, że ja sam prywatnie do Zakopanego bym nie pojechał, ze względu na to, że jest tam tak wielu ludzi w sezonie. Gdybym chciał pochodzić po górach, to przyjechałbym w maju lub w czerwcu. Zresztą w Polsce już od lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku mamy dwa główne centra wypoczynkowe: Sopot latem i Zakopane zimą. Tam trzeba być. Dziś ruch turystyczny ożywił się też w innych częściach kraju, ale Sopot i Zakopane to nadal miasta-ikony. A wracając do Pani pytania, to nie wiem, na czym polega ten fenomen, może to kwestia chęci bycia razem, w większym skupisku? Zresztą, tę potrzebę bycia we wspólnocie widać też podczas wydarzeń sportowych, kiedy zapełnia się PGE Stadion Narodowy, Tauron Arena albo kiedy mamy Puchar Świata na Wielkiej Krokwi w Zakopanem.

 
 
 

 Nasza siła płynęła też z tego, że się przyjaźniliśmy, a w grupie była dobra atmosfera . To zresztą, moim zdaniem, jest połowa sukcesu w sporcie - zgrany, lubiący się i profesjonalny zespół wspierający zawodników.


 
 

Skoro pojawił się już temat Wielkiej Krokwi, to pozwolę go sobie pociągnąć. Jak Pan ocenia stan infrastruktury sportowej na Podhalu? Pytam nie tylko o obiekty dla zawodowców, ale też dla amatorów.

Brakowało nam bardzo długo nowoczesnego kompleksu małej i średniej skoczni w Zakopanem. Na szczęście ta inwestycja się zaczyna i już niedługo będziemy mogli z nich korzystać. Jest to ważne o tyle, że zawodnicy, żeby skakać na dobrym poziomie, muszą korzystać z różnych obiektów. Poprawia się też infrastruktura dla narciarstwa biegowego - jest coraz więcej tras, które są profesjonalnie przygotowane i sztucznie śnieżone, np. w Kościelisku, koło skoczni w Zakopanem czy w okolicach Kotelnicy Białczańskiej. I to są trasy dla zawodowców, ale też dla amatorów. Na pewno ma to związek z rosnącą popularnością tego sportu. Jeśli chodzi o stoki narciarskie dla alpejczyków, to w samym Zakopanem nie bardzo jest gdzie pojeździć. Nosal zamknięty, Gubałówka nieczynna, a na Kasprowym kolejki na Gąsienicowej i Goryczkowej aż się proszą o wymianę na nowsze i z większą przepustowością. Ogromną różnicę zrobiłoby doprowadzenie wody i umożliwienie  zaśnieżania tych stoków, zwłaszcza dla zawodowców, ale to teren Tatrzańskiego Parku Narodowego, a przez to sprawa staje się bardziej skomplikowana. Natomiast jest sporo ciekawych miejsc w okolicach Zakopanego i widać, że tam realizowane  są różne inwestycje.


Porozmawiajmy teraz o Pana działalności sportowej i zawodowej. Co uważa Pan za swój największy sukces?

Za największy sukces uważam moment, w którym zdecydowałem się na stworzenie zespołu ludzi, którzy wspólnie ze mną szkolili narodową kadrę skoczków. Wcześniej byłem trenerem, któremu się wydawało, że sam wszystko zrobi, że mogę być  psychologiem, fizjologiem, ojcem, matką i wszystkim. Zresztą warunki finansowe były takie, że nie było nas stać na dobieranie sobie ludzi - asystentów czy fizjoterapeutów. Ja nawet masowałem zawodników! W 1999 r. moje doświadczenie  odpowiedziało mi, że to się musi zmienić, że tak się dalej nie da pracować. Żeby być w czymś dobrym, trzeba mieć wykształcenie kierunkowe - ktoś taki jak ja zawsze będzie słabszym psychologiem niż osoba zajmująca się tym na co dzień.  Stworzyliśmy więc zespół, który stanowił jedność - i w podejmowaniu decyzji, i w ich realizacji. Nasza siła płynęła też z tego, że się przyjaźniliśmy, a w grupie była dobra atmosfera. To zresztą, moim zdaniem, jest połowa sukcesu w sporcie - zgrany, lubiący się i profesjonalny zespół wspierający zawodników. Dużo w tym wszystkim było szczęścia - nam się wszystko udawało i wszystko wychodziło. Nasz sposób pracy doceniły inne kadry, które zobaczyły, jak wielki ma to potencjał i  jakie wyniki uzyskuje zawodnik, w tym przypadku Adam Małysz. Ten sukces przełożył się też na poszerzenie działalności, programy młodzieżowe i oczywiście sponsorów. 


Od 13 lat jest Pan prezesem Polskiego Związku Narciarstwa (PZN), wcześniej był Pan trenerem. Która z tych funkcji jest trudniejsza? Która stawia więcej wyzwań?

Na pewno trudniejsze jest to, co robię w tej chwili. Trudna była też droga, jaką przeszedłem, od dyrektora, przez sekretarza i kuratora, aż do prezesa - ja się tych funkcji musiałem szybko uczyć. Trener to frontowiec, on jedzie walczyć na froncie  walki sportowej. A prezes to prezes, jego praca ma inny charakter - musi dbać o relacje z różnymi partnerami, zarządzać na co dzień dużą organizacją i nawiązywać alianse. Dzięki temu, że byłem trenerem wiem, że taki człowiek potrzebuje  wolności działania i swobody doboru ludzi. Tak jak powiedziałem wcześniej, zespół musi być jak naoliwiona maszyna, nie ma w nim miejsca na niesnaski czy sypanie piasku w tryby. Trener powinien mieć też odpowiedni wiek - to jest praca w  ciągłym ruchu, w rozjazdach, od rana do nocy na wysokich obrotach. To jest przyjemne, ale dziś nie wytrzymałbym tego ze względu na wiek. Na obecnym etapie życia czuję się dobrze jako prezes PZN. Wiem, że ciężką pracą mój sztab i ja  zapracowaliśmy na wiarygodność społeczną i organizacyjną. Niektóre doświadczenia trenerskie przydały mi się i tutaj - kluczowe było stworzenie drużyny grającej do jednej bramki.


Jest Pan prezesem PZN po raz czwarty. Jakie cele postawił Pan sobie na tę ostatnią kadencję?

Celem organizacyjnym jest stwarzanie coraz lepszych warunków zawodnikom. To kwestie sprzętowe, transport, leki, odżywki, wsparcie specjalistów i to się udaje. Natomiast celem sportowym są oczywiście igrzyska w Pekinie w 2022 r. O skoki jestem spokojny, ale są też inne grupy zawodnicze, w których tworzy się zalążek tego, co może wydarzyć się na igrzyskach i myślę, że ich udział też będzie nas cieszyć, zarówno w wymiarze indywidualnym jak i zbiorowym. Mam na myśli przede  wszystkim kadrę kobiet w biegach narciarskich, którą prowadzi trener Wierietielny, a pomaga mu Justyna Kowalczyk. Już widać efekty, a 3 lata to dość czasu, żeby stworzyć i silną drużynę, i silne zawodniczki. Stawiamy też na kombinację norweską i snowboard alpejski. To dla tych dyscyplin tworzymy jak najlepsze warunki, fundujemy stypendia i organizujemy wyjazdy. I oczywiście zatrudniamy najlepszych trenerów, na jakich nas stać. Chciałabym w tym miejscu dodać też, że, na ile to możliwe, staramy się wspierać sport klubowy, bo to stamtąd przychodzą dobrzy zawodnicy. Samorządy często nie mają pieniędzy na wynagrodzenia dla trenerów klubowych, dlatego my dofinansowujemy ich pracę.

 
 

Mamy bardzo zdolną młodzież i dzieciaki, i to do nich należy przyszłość.


Mamy kilku światowej klasy skoczków narciarskich, ale wszyscy są przed lub tuż po trzydziestce. Czy widzi Pan ich następców w kadrze B?

Zdecydowanie tak! Patrzę na nich nie tylko jako prezes PZN, ale też jako były trener - jaki mają talent, jakie to są typy osobowościowe, jakie mają możliwości osiągnięcia mistrzowskiego poziomu. W kadrze B mamy kilku bardzo zdolnych zawodników. Liczę na Klemensa Murańkę, który sobie postawił cel i w tym roku wszystko podporządkował skokom. To jest chłopak o talencie porównywalnym do Małysza czy Stocha, który nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. W nadchodzącym sezonie również Olek Zniszczoł powinien zacząć wskakiwać do naszej kadry A. Tomek Pilch czy Paweł Wąsek to kolejni zdolni skoczkowie młodego pokolenia, a są jeszcze Bartek Czyż, Andrzej Stękała i Kacper Juroszek. Starsza  grupa na pewno poskacze na wysokim poziomie do igrzysk zimowych w Pekinie, a młodzi w tym czasie nabiorą doświadczenia i okrzepną. Mamy też bardzo zdolną młodzież i dzieciaki, i to do nich należy przyszłość. Rodzice chętnie pozwalają  dzieciom na uczestniczenie w treningach. Tym bardziej, że skoki to wcale nie jest sport ekstremalny, a bezpieczeństwo wzrasta wraz z rozwojem dyscypliny. 


W kontekście skoków mówimy przede wszystkim o mężczyznach, ale od jakiegoś czasu ze skoczni korzystają też kobiety. Co Pan sądzi o skakaniu kobiet? Myśli Pan, że wśród polskich skoczkiń są prawdziwe talenty?

W tej chwili w Polsce mamy zarejestrowanych 39 zawodniczek, czyli wcale niemało. To jest już nie do zatrzymania i panie będą skakać. Kobiety długi czas walczyły o to, by móc skakać na nartach w największych imprezach - na mistrzostwach  świata czy w igrzyskach olimpijskich. Ja pamiętam dziewczyny skaczące w latach osiemdziesiątych jako przedskoczkowie. My je podziwialiśmy, że w ogóle się odważyły. Tym bardziej, że sam widziałem niejeden groźnie wyglądający upadek.  Gdyby moja córka powiedziała wtedy, że chce skakać, na pewno bym jej do tego nie zachęcał. A jednak od tamtego czasu wiele się zmieniło, zwłaszcza w zakresie bezpieczeństwa - styl V jest bezpieczniejszy od klasycznego, skocznie są oburtowane, są tory najazdowe. To wszystko sprawia, że łatwiej zapobiegać upadkom na progu czy wypadnięciu ze skoczni. Skocznie są też coraz bardziej wypłaszczane, przez co zwiększa się wektor prędkości poziomej, a zawodnicy lecą niżej nad bulą. Poza tym, jeśli szkolimy dziewczynki tak samo jak chłopców, czyli od małego, to one rosną razem ze skoczniami, na których trenują. Dzięki temu ich poziom wyszkolenia technicznego i przygotowania fizycznego jest na tyle wysoki, że mogą  bezpiecznie skakać. To wszystko sprawiło, że w ostatnich latach zmieniłem podejście do skakania kobiet i teraz jestem za. Tym bardziej, że kobiety z sukcesami skaczą na tych samych obiektach co mężczyźni i osiągają podobne odległości.

 

Na koniec chciałabym zadać pytanie o przyszłość skoków. W tej chwili jest to dyscyplina, w której oprócz formy i możliwości skoczków ogromną rolę odgrywają też nowinki technologiczne. Czy Pana zdaniem ten technologiczny trend się utrzyma?

Myślę, że ten „wyścig zbrojeń” będzie trwał, choć coraz bardziej ograniczany przez przepisy. Gdy tylko pojawia się coś nowego, od razu idzie za tym jakaś modyfikacja zasad. Przepisy określają praktycznie wszystko: grubość i długość nart,  materiał, z którego są wykonane, rodzaj butów, wymiary kombinezonów i tkaninę - to wszystko sprawia, że pole manewru staje się coraz mniejsze. Ale pomysły pojawiają się cały czas - podczas ubiegłorocznych igrzysk nasz sztab wymyślił  nakładki na wiązania, które zmniejszały opór powietrza, niemniej zabroniono nam ich stosowania. Myślę, że największe pole manewru jest w obrębie smarów narciarskich, które jeszcze zmniejszą tarcie i pozwolą na rozwinięcie wyższej prędkości.  Obstawiam, że takie nowe smary pojawią się na igrzyskach, dzięki czemu ktoś odskoczy pozostałym. Na pewno trzeba być bardzo czujnym. No i wreszcie jest dużo nowości w treningu motorycznym - tu mamy największe rezerwy, żeby zawodnika  podnieść na wyższy poziom. Nie chcę zdradzać kuchni naszych szkoleniowców, więc powiem tylko, że obciążenia w ramach jednostki treningowej są dobierane do dyspozycji skoczka w danym dniu, a tajemnicą jest to, w jaki sposób tę dyspozycję definiujemy.


Dziękuję za rozmowę.

Dodaj komentarz

Komentarze