Jak głęboko jest to Zakopane?

Jak głęboko

jest to Zakopane?

 

W Zakopanem wszystko jest nieoczywiste. Już sama nazwa może być myląca, a w każdym razie dla wampirów będących bohaterami reklamy jednego z banków na pewno była. Ale nazwa to dopiero początek długiej listy kontrastów.

 

AUTOR

Katarzyna Witkowska:

adwokat, doktor nauk prawnych, miłośniczka motoryzacji, wycieczek górskich i biegania

 

Rok temu przeprowadziłam się z Krakowa do Warszawy. Znajomi, zwłaszcza ci, którzy w internetowym quizie „Gazety Krakowskiej” „Czy jesteś prawdziwym Krakusem” z pewnością osiągnęliby wynik co najmniej 39/39 i to tylko dlatego, że  wyższych nie przewidziano, wielokrotnie dopytywali, jak wytrzymuję w stolicy - zatłoczonej, pędzącej, bezdusznej. W pewnym zakresie faktycznie, Warszawa to taka trochę inna rzeczywistość. Nie wykonuje się telefonów, tylko calle, nie  dotrzymuje się terminu, tylko deadlin’u, nie robi się czegoś na zaraz, tylko na ASAP. Ale obok tego wszystkiego istnieje zupełnie inna Warszawa. Inna niż ta widziana z okien przeszklonego biurowca, w którym bądź co bądź na co dzień pracuję: z  wąskimi uliczkami starówki, z ruinami przedwojennych kamienic, z historią. Ta, gdzie można spotkać zdziwaczałego malarza, który z uporem godnym lepszej sprawy będzie przekonywał, że Jezus Chrystus i Święty Piotr byli tylko parą inteligentnych hochsztaplerów. Ta, w której, przyjeżdżając do znajomego na Stary Żoliborz, można zastać w jego domu wesołą kompanię raczącą się - pod nieobecność gospodarza rzecz jasna - przeróżnymi trunkami i do rana deliberować o przyszłości politycznej  światowych mocarstw. Ten wyraźny kontrast nasunął mi ciekawe spostrzeżenie: że Warszawy w zasadzie są dwie. Jedna - stereotypowa, druga - niejednoznaczna i widziana na swój sposób przez każdego, kto chce ją taką inną widzieć. Moja jest zdecydowanie ta druga. Zapewne znalazłoby się jeszcze kilka miejsc o dwóch obliczach, ale jedno spośród nich zdecydowanie wygrywa konkurs na najwięcej sprzeczności w przeliczeniu na metr kwadratowy i chyba nie zaskoczę nikogo, jeśli wymienięw tym miejscu Zakopane. Choć Górale, z przymrużeniem oka traktujący Warszawiaków, raczej nie będą zachwyceni takim porównaniem, to wbrew pozorom pomiędzy administracyjną a zimową stolicą Polski jest kilka istotnych podobieństw. Wśród nich wszechobecne kontrasty wysuwają się zdecydowanie na pierwszy plan. 

 
 

Zakopa ne ma wiele gęb i niemało twarzy. I bez oceniania, która z tych gęb czy twarzy jest piękniejsza, każdy może wybrać którąś z nich, wedle własnych upodobań.


Zakopane - miasto kontrastów?

Zakopane to przecież miasto, w którym duchy młodopolskich artystów i przedstawicieli przedwojennej bohemy przemykają pomiędzy hordami turystów zgromadzonych licznie w kolejce do strzelnicy, gdzie można wygrać pluszową owieczkę albo  inne równie niezbędne precjoza wyprodukowane w Chińskiej Republice Ludowej. Miejsce, gdzie góralska kapela występuje obok mistrza Ricardo, Miłość w Zakopanem ma ten sam walor literacki co Listy z Zakopanego, a jako najlepsze regionalne przysmaki zachwalane są i oscypki, i kebaby. W Zakopanem tandeta straganów rozstawionych u stóp Gubałówki wpisała się na dobre w krajobraz majestatycznych szczytów Tatr, a drewniane wille kreślone ręką Witkacego (skądinąd rodowitego Warszawiaka, ale gdyby powiedział o sobie „Zakopane to ja”, nie byłoby w tym zbyt wiele przesady), oklejone są afiszami, których urok mógłby zachwycić co najwyżej niereformowalnych adoratorów Times Square.

Turysta może zatrzymać się tutaj zarówno w pięciogwiazdkowym hotelu ze spa, jak i w prywatnej kwaterze, gdzie jedna łazienka na piętrze jest luksusem. Może też zjeść obiad (albo lunch - w zależności od tego, która nomenklatura bardziej oddaje jego samoświadomość) w eleganckiej restauracji lub w gwarnej karczmie. Zakopane to w końcu miejsce, gdzie spotkają się ci, dla których największym fizycznym wyzwaniem jest pokonanie kilku schodów prowadzących do McDonald’s oraz ci,  którzy dopiero co zeszli z kilkudniowej wyprawy po wymagającym górskim szlaku. Jak zgrabnie ujęła to Dagmara Stanosz, Zakopane ma wiele gęb i niemało twarzy. I bez oceniania, która z tych gęb czy twarzy jest piękniejsza, każdy może wybrać  którąś z nich, wedle własnych upodobań. Wszak, jak mawiają ci nauczeni przez nas jadania widelcami, c’est une question de go?t. W ten sposób ja mam swoje Zakopane, tak samo, jak mam swoją Warszawę. I Warszawy, i Zakopanego można nienawidzić.

Ale można je też kochać.

Dodaj komentarz

Komentarze